13/08/2026
„Zamiast zabierać psa, litujecie się i pomagacie…”⁉️
Od początku tej interwencji minął już ponad rok, ale przypomniałam sobie o niej właśnie teraz, kiedy po raz kolejny zarzucono nam, że zamiast odbierać zwierzęta, „litujemy się” i próbujemy pomagać.
I wiecie co? Dokładnie tak powinno być. Naszą zasadą jest: odbieramy zwierzęta w ostateczności, kiedy zawiodą wszystkie inne możliwości. Bo odebranie psa to nie jest sukces. To często początek kolejnej trudnej drogi – znalezienia miejsca, leczenia, opieki, pieniędzy i czasu. Jeżeli możemy sprawić, żeby zwierzę zostało w swoim domu, ale żyło w lepszych warunkach, zawsze najpierw próbujemy właśnie tego.
Ta interwencja była jedną z tych, które wracają do mnie w takich dniach jak ostatnie.
Zgłoszenie przyszło z Węglińca. Nie brzmiało dramatycznie. Właściwie było bardzo niepozorne: „Tego pana z psem często widywałam na spacerach. Był bardzo pobudzony, czasami wręcz agresywny. Pies mieszka w domu jednorodzinnym, a ja mieszkam w bloku obok. Często słyszałam szczekanie psa. Teraz nie widuję ani pana, ani psa, a szczekanie bardzo ucichło. Jest go mniej i jest jakieś takie przytłumione”.
Następnego dnia umówiłam się z urzędniczką z Gminy Węgliniec i pojechałyśmy na miejsce. Starszy Pan nie chciał nas wpuścić. Zachowywał się dziwnie, więc wezwałyśmy patrol Policji. Na widok funkcjonariuszy trochę spoważniał i ostatecznie wpuścił nas na posesję. Zaprowadził nas do kojca.
I wtedy, zanim jeszcze zobaczyłyśmy psa, poczułyśmy zapach. Już z kilku metrów było czuć, że coś jest bardzo nie tak.
Pies był obrazem nędzy i rozpaczy. W protokole napisałam, że jego ciało pokrywa skorupa, która się rozpada. Łapy były spuchnięte i łyse. Trudno było nawet patrzeć na tego psa, a jeszcze trudniej było podejść bliżej, bo przy każdej próbie próbował nas zaatakować.
Mój pierwszy odruch był oczywisty: „Trzeba go natychmiast zabrać”.
Ale zamiast tego zaczęłam rozmawiać z właścicielem. Pytałam, od kiedy pies jest w takim stanie, kiedy zaczęły się problemy i czy był u weterynarza. Pan odpowiedział: „A po co❓️”.
Zaczęłam więc tłumaczyć. Powiedziałam, że gdyby on albo jego żona zachorowali, prawdopodobnie poszliby do lekarza, żeby spróbować się wyleczyć.
I wtedy usłyszałam zdanie, którego chyba nigdy nie zapomnę
🚨"Pani kochana, ja ze sobą to po lekarzach nie chodzę, nigdy nie chodziłem. A żona nie żyje, ale też po lekarzach nie latała”.🚑
Wtedy zrozumiałam, że mam przed sobą człowieka, który prawdopodobnie nie widzi problemu w tym, że nie leczy siebie. I dokładnie tak samo podchodzi do swojego psa.
A ja już w głowie miałam całą resztę: gdzie go umieścimy, jak go przewieziemy, kto będzie z nim jeździł do weterynarza i jak będziemy go leczyć, skoro przy każdej próbie podejścia pies chce nas ugryźć.
Zaczęłam więc przekonywać Pana, żeby to on pojechał z psem do weterynarza. Udało się. Dałam mu trzy dni. Ustaliłyśmy również, że nie będziemy ponownie angażować Policji – Pan obiecał, że przy kolejnej kontroli wpuści nas już bez obstawy.
Trzy dni później wróciliśmy.
I stało się coś, co naprawdę bardzo mnie ucieszyło. Pan był z psem u weterynarza. Podjął leczenie.
Na grzbiecie zaczęła już schodzić ta okropna skorupa. Pies nadal wyglądał źle, ale widać było pierwszą poprawę. Nawet w okolicy kojca zapach był trochę mniej intensywny.
Kilka dni później, 11 lipca, poprawa była już widoczna gołym okiem. Starszy Pan podziękował nam za to, że daliśmy mu szansę. Powiedział nawet, że leczenie wcale nie jest takie drogie, jak mu się wcześniej wydawało.
Minęło trochę czasu i we wrześniu pojechaliśmy na kolejną kontrolę. Podchodząc do kojca, przez chwilę naprawdę pomyślałam, że pies, którego odwiedzaliśmy wcześniej, już nie żyje. Pomyślałam nawet, że starszy Pan wziął sobie kolejnego.
Bo pies w kojcu wyglądał zupełnie inaczej.
I wtedy… pokazał mi wszystkie swoje zęby i ponownie próbował nas zagryźć przez kraty. 😂
I już wiedziałam.
To był ON! Ten sam pies!
Tylko po leczeniu, zadbany i przede wszystkim – żywy. ❤️
Jego przemianę możecie ocenić sami na zdjęciach.
I właśnie dlatego tak bardzo nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że w każdej sytuacji jedynym rozwiązaniem jest natychmiastowy odbiór zwierzęcia.
Czasami trzeba odebrać. Czasami nie ma już na co czekać. Ale czasami trzeba najpierw spróbować pomóc człowiekowi, żeby mógł lepiej zadbać o swoje zwierzę.
Nie każdy właściciel jest oprawcą. Nie każdy, kto źle opiekuje się zwierzęciem, robi to z premedytacją. Czasami są to starsi ludzie, którzy sami żyją bardzo skromnie. Czasami ludzie, którzy nie mają świadomości, że pewne rzeczy są zaniedbaniem. Czasami dbają o swoje zwierzęta dokładnie tak, jak dbają o siebie.
A niestety nie zawsze oznacza to, że dobrze.
Dlatego zanim odbierzemy zwierzę, zawsze zadajemy sobie pytanie: czy możemy jeszcze coś zrobić, żeby mu pomóc tam, gdzie jest❓️
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak” – próbujemy.
Jeżeli odpowiedź brzmi „nie” – wtedy zabieramy.
Bo dla nas najważniejsze nie jest to, żeby mieć kolejnego psa w schronisku.
Najważniejsze jest to, żeby pies był bezpieczny, leczony i miał dobre życie. ❤️
A ten jeden, wyjątkowo „uroczy” pacjent ze zdjęć jest najlepszym dowodem na to, że czasami warto dać człowiekowi szansę.
Nawet jeśli później ten pies może nam podziękować… próbując nas pożreć przez kraty. 😂❤️