15/05/2026
Ktoś kiedyś adoptował od nas kotkę. Wydawać by się mogło, że zaufanie nawet poziom wyżej, bo nie powiem, że Monika była moją koleżanką, ale znajomą od lat.. praktycznie od dzieciaka.
Następnie zaczęło się wymyślanie chorób, jeżdżenie po specjalistach, potem finalnie śmierć. Na co, nie wiadomo, lekarz podejrzewał nowotwór, ale w sumie to cholera wie.
Na tej wiedzy od Moniki opierała się również Kasia - która leczyła uszy niewidomej naszej Marcysi, bo to siostry były. Lekarz brał pod uwagę nowotwór, bo skoro to siostry..
A teraz wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy 1 kwietnia zadzwoniła do mnie dziewczyna z Krakowa, że znalazła moją kotkę na działkach, którą karmiła tam wcześniej - UWAGA - lata, nie dni i że teraz udało się ją złapać i odczytać czip u weterynarza.
Szok i niedowierzanie. Złość na maksa. Noce nieprzespane i zastanawianie się nad tym, jak mogłam tak zawieść Leosię i powierzyć ją tak nieodpowiedzialniej osobie.
Bezczelność przekroczyła wszystkie granice. A ja zawiodłam się na maksa.
Jako organizacja zastanawialiśmy się nad powiadomieniem odpowiednich służb, ale doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu.
Czy uciekła czy została wywalona się nie dowiem, bo Monika nie ma zamiaru się do tego odnieść. W sumie.. też byłoby mi na jej miejscu wstyd.
Leosia zamieszkała u rodziny Pani Magdy, która jej pomogła i jest dziś mega szczęśliwa. Bardzo szybko się odnazała i zaprzyjaźniła z kotkiem Jimmim. A my jesteśmy wdzięczni, że kotka spotkała Magdę i jej męża na swojej drodze.
Ta historia ma szczęśliwe zakończenie ❤️
Leosiu, niech los Ci wynagrodzi te wszystkie lata.
Pani Magdo jesteście dla nas bohaterami ❤️
Pamiętajcie, że jeśli z jakiś powodów nie możecie opiekować się dłużej kotami, które od nas adoptowaliście - zawsze mogą do nas wrócić. Nigdy nie będziemy Was w takim przypadku oceniać. Bezpieczeństwo podopiecznych jest dla nas najważniejsze. W końcu wzięliśmy za nie odpowiedzialność.