27/08/2026
O sprawie oleśnickich królików się nie wypowiadam, bo nie ma o czym. Królik domowy nie przynależy do naszego ekosystemu, przynależy do obejścia ludzkiego. Tak można by zakończyć temat.
W Toruniu mamy pewną populację królików dzikich. Od lat stwarzała ona sporo problemów, aż stała się dużo mniejsza i było to również celowe ludzkie działanie, a nie wyłącznie koleje losu. Nie mówię tu tylko o wyżeranej roślinności czy systemach przekopów i nor na dużych połaciach terenu, ale też o głośnym swego czasu temacie partyzantki króliczej na cmentarzu komunalnym, gdzie dzielni uszaci kopacze rozkopywali nagrobki. Do tego dochodziły epizody wybuchów myksomatozy, pomoru i innych chorób dziesiątkujące kolonie. Nam, opiekunom królików domowych, nie było z tego powodu wszystko jedno, bo w takich miejscach wirusy mutują znakomicie, a skuteczność szczepień bywa różna.
Króliki dzikie przyniesione przez zatroskanych ludzi do Azylu dla Królików na przykład z urazem szybko umierały z różnych przyczyn, a podstawową była nieumiejętność poradzenia sobie z obsługą przez człowieka.
Bierzesz za to królika domowego z najgorszych warunków na świecie, z jakiejś rozpadającej się szopy z gnojem, i ten królik umie żyć z człowiekiem i będzie potrafił być domowym pupilem. Trwająca wieki selekcja i hodowla zrobiły swoje.
Mimo że króliki dzikie i domowe mogą się łączyć i mieć płodne potomstwo, bo to ostatecznie ten sam gatunek z tą samą liczbą chromosomów (w Toruniu mogliśmy to zjawisko obserwować, gdy wyrzucano domowe króliki do dzikich stad), to poziom ich zaufania człowiekowi, samodzielności, radzenia sobie w naturze, przechodzenia chorób jest naprawdę bardzo różny. Nie udomawiajmy dzikiego, nie dziczejmy domowego, którego udomawialiśmy setki lat. To kompletnie nie ma sensu, mamy już obie wersje, a pośrednia to proszenie się wyłącznie o kłopoty.