Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska

Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska Wspieram jeźdźców i konie w budowaniu
bezpiecznej, uważnej relacji.

Pracuję z ciałem, emocjami i układem nerwowym
– bez presji, bez przemocy, w realnym tempie.

🐎 Psychologia koni • regulacja • relacja

KIEDYŚ SIĘ NIE BAŁAM. CO SIĘ ZE MNĄ STAŁO?Ten wątek słyszę na co dzień w rozmowach z Wami. W wiadomościach, które do mni...
02/09/2026

KIEDYŚ SIĘ NIE BAŁAM. CO SIĘ ZE MNĄ STAŁO?

Ten wątek słyszę na co dzień w rozmowach z Wami. W wiadomościach, które do mnie piszecie. Na konsultacjach, które prowadzę, na warsztatach, spotkaniach i w rozmach, podczas których opowiadacie mi o swojej jeździe, o tym, czego zaczęłyście się bać i o tym bardzo charakterystycznym zdziwieniu: przecież kiedyś tego nie było.

Jedna z kobiet powiedziała o sobie kiedyś, że była „niezniszczalna”. Jeździła bardzo dużo, spadała wiele razy, wracała do jazdy i przez lata właściwie nie myślała o sobie jako o osobie, która może bać się koni. Dzisiaj potrafi być, jak sama to określiła, „okichana ze strachu”, szczególnie wtedy, kiedy koń przyspiesza i znika poczucie wpływu na sytuację.

Inna napisała mi: „U mnie lęk pojawił się po tym, jak na świecie pojawiła się córka”. Nie wydarzył się żaden wielki wypadek. Po prostu to samo ryzyko zaczęło mieć inne znaczenie.

Jeszcze inna po upadku przez jakiś czas mówiła, że „wsiadanie na konia mnie paraliżowało”. Ktoś inny napisał: „Odblokowuję się i zablokowuję na przemian”. Są kobiety, które po latach nadal jeżdżą, ale już tylko na określonych koniach, tylko na placu albo tylko wtedy, kiedy mają poczucie, że sytuacja jest wystarczająco przewidywalna. Są takie, które po kilkudziesięciu latach jazdy mówią: „nie wsiądę już więcej” i wcale nie uważają tego za porażkę, tylko za rozsądek.

To są bardzo różne historie. Łączy je jedno zdanie, które słyszę wyjątkowo często:

Kiedyś się nie bałam.

I chyba właśnie dlatego ten lęk bywa tak trudny do zniesienia. Bo człowiek nie porównuje się tylko z innymi. Porównuje się przede wszystkim z własną wcześniejszą wersją.

Pamięta siebie, która jeździła w teren bez większego zastanowienia. Wsiadała na obce konie. Galopowała. Spadała i jechała dalej. Nie pytała pięć razy, jaki jest koń, kto jedzie w grupie, czy będzie spokojnie, czy na pewno nie będzie galopu. Pewne rzeczy były po prostu częścią jazdy.

A potem coś się zmienia.

Czasem wiadomo dokładnie co. Był upadek, złamanie, koń się przewrócił, poniósł, kopnął, pojawiła się sytuacja, w której człowiek naprawdę stracił kontrolę. Organizm dostaje wtedy bardzo konkretną informację: to może się wydarzyć naprawdę. I nawet jeśli później znowu wsiadamy, część sytuacji może przez długi czas uruchamiać dawną reakcję. Jedna z kobiet opowiadała, że po poważnym wypadku w dzieciństwie przez lata bała się koni podobnych do tego, z którego spadła. Minęło ponad trzydzieści lat, a ona nadal reaguje lękiem, kiedy sytuacja zaczyna przypominać tamtą.

Czasem jednak nie ma żadnego jednego wydarzenia.

Była przerwa od jazdy. Kilkanaście albo dwadzieścia lat. Wracasz i odkrywasz, że nie jesteś już osobą, która wtedy przestała jeździć. Masz inne ciało, inne doświadczenia, inną świadomość konsekwencji, może dzieci, pracę, zobowiązania, ludzi, za których odpowiadasz. Ryzyko nie musi być większe niż kiedyś. Jego znaczenie może być większe.

Czasem zmienia się wszystko bardzo powoli. Najpierw nie chcesz już jeździć na jednym konkretnym koniu. Później teren zaczyna być mniej przyjemny. Potem galop. Potem zaczynasz wybierać spokojniejsze konie, określonych ludzi do jazdy, określone warunki. Nadal jeździsz, więc długo nawet nie myślisz o sobie jako o osobie, która się boi. Po prostu lista rzeczy, których wolisz nie robić, trochę się wydłuża.

I to jest bardzo częsty moment, kiedy pojawia się złość na siebie.

Przecież kiedyś mogłam.

Przecież kiedyś się nie bałam.

Przecież umiem jeździć.

Więc co się ze mną właściwie stało?

To pytanie jest sensowne, dopóki nie ma w sobie ukrytej odpowiedzi: „widocznie coś się we mnie popsuło”.

Bo zmiana jest realna. Tylko jej znaczenie wcale nie musi być takie, jakie sobie od razu przypisujemy.

Czasem zmieniła się pamięć zagrożenia. Czasem poczucie wpływu. Czasem sposób oceniania konsekwencji. Czasem życie wokół jeździectwa. Czasem koń. Czasem trener, grupa albo cała stajnia. Czasem po kilku doświadczeniach przestajemy ufać własnym reakcjom. A czasem po prostu nie chcemy już ponosić ryzyka, które dwadzieścia lat wcześniej było dla nas zupełnie akceptowalne.

I dlatego dwa zdania: „kiedyś się nie bałam” i „teraz się boję” mogą opisywać kompletnie różne historie.

Inaczej będę pracować z osobą, która po jednym ciężkim upadku zaczyna reagować paniką przy zagalopowaniu. Inaczej z kimś, kto po dwudziestu latach wraca do jazdy i nie rozpoznaje już własnej dawnej swobody. Inaczej z matką małego dziecka, której zmieniła się kalkulacja ryzyka. I jeszcze inaczej z bardzo doświadczoną zawodniczką, która nadal jeździ, ale jej koński świat po kawałku robi się coraz węższy.

I właśnie dlatego nie da się w jeden sposób pracować z lękiem przed jazdą. Każda osoba jest inna, każda historia jest inna. Ta praca sięga bardzo głęboko — do wspomnień, do otoczenia i wsparcia, które mamy, do obrazu siebie, do myśli, które przychodzą nam do głowy, do znajomości siebie również w obszarach zupełnie niezwiązanych z jeździectwem. Do tego, jak radzimy sobie z różnymi obciążeniami, jak reagujemy w trudnych sytuacjach, jaka jest nasza rezyliencja i co w ciągu naszego życia ją budowało albo osłabiało.

Bo najważniejsze pytanie wcale nie brzmi: „jak mam przestać się bać?”, tylko najpierw: co dokładnie wydarzyło się pomiędzy tą mną, która się nie bała, a tą, która boi się dzisiaj?

Jeżeli znasz ten moment, kiedy orientujesz się, że coś, co kiedyś było zwyczajne, dzisiaj zaczyna uruchamiać napięcie albo lęk, jestem bardzo ciekawa, jak wyglądała Twoja droga. Czy był jeden konkretny moment, czy raczej przyszło to stopniowo?

I przy okazji mam dla Was ważną informację.

16 października rusza kolejna edycja Jeździeckiej Przestrzeni Wsparcia OSWOIĆ LĘK.

Do tego czasu formuję nową, kameralną grupę osób, z którymi przez kolejne miesiące będę pracowała osobiście. W tej wersji programu nie zostajecie same z materiałami. Pracuję z każdą osobą indywidualnie, ale w ramach małej grupy, która przechodzi ten proces razem. Zależy mi więc na tym, żeby jeszcze przed startem mieć czas Was poznać, usłyszeć Wasze historie i zobaczyć, z czym konkretnie przychodzicie.

Dlatego przez cały wrzesień i do rozpoczęcia programu prowadzę bezpłatne indywidualne konsultacje dla osób, które rozważają dołączenie do programu OSWOIĆ LĘK z moim osobistym wsparciem.

Podczas takiej rozmowy możesz opowiedzieć mi o swojej sytuacji. Przyjrzymy się temu, kiedy pojawił się lęk, czego konkretnie dotyczy, jak wygląda teraz Twoja jazda i co do tej pory próbowałaś z tym zrobić. Powiem Ci też, jak ja rozumiem ten problem i jak można zacząć z nim pracować. Sprawdzimy również wspólnie, czy ta forma programu będzie dla Ciebie dobrym miejscem.

Jeżeli rozważasz dołączenie do nowej edycji i chcesz umówić się ze mną na taką rozmowę, napisz w komentarzu KONSULTACJA. Odezwę się do Ciebie w wiadomości prywatnej.

WSZYSCY MAMY TAK SAMO ZBUDOWANY UKŁAD NERWOWY. DLACZEGO WIĘC REAGUJEMY INACZEJ?Pod jednym z ostatnich postów pojawił się...
31/08/2026

WSZYSCY MAMY TAK SAMO ZBUDOWANY UKŁAD NERWOWY. DLACZEGO WIĘC REAGUJEMY INACZEJ?

Pod jednym z ostatnich postów pojawił się komentarz, że układ nerwowy każdego człowieka jest tak samo zbudowany, więc droga wychodzenia z lęku jest zawsze taka sama.

I tutaj muszę się trochę poprzyczepiać, bo pierwsza część tego zdania jest zasadniczo prawdziwa, natomiast z drugą już się nie zgadzam.

Oczywiście, że ludzki układ nerwowy jest zbudowany według wspólnego planu. Mamy te same podstawowe struktury, działają u nas te same mechanizmy związane z wykrywaniem zagrożenia, uczeniem się, pamięcią, pobudzeniem czy uruchamianiem reakcji obronnych. Psychologia i neurobiologia w ogóle mogły powstać jako nauki między innymi dlatego, że istnieją pewne prawidłowości dotyczące ludzi. Gdyby każdy z nas działał według zupełnie innych zasad, trudno byłoby powiedzieć cokolwiek sensownego o lęku.

Jednocześnie wspólny plan budowy nie sprawia, że mamy identycznie działające układy nerwowe.

Trochę tak, jak z mięśniami. Ich podstawowa fizjologia jest u ludzi taka sama. Wiemy, że odpowiednio dobrane obciążenie powoduje adaptację i że mięsień, któremu stawiamy wymagania, może z czasem stać się silniejszy. Z jakiegoś powodu nikt jednak nie wchodzi na siłownię z założeniem, że skoro mechanizm adaptacji mięśniowej jest wspólny dla wszystkich, to każdemu nowemu klientowi należy położyć na sztangę sto kilogramów. Dla jednej osoby będzie to sensowne obciążenie treningowe, dla drugiej zdecydowanie za dużo, a trzecia tej sztangi po prostu nie podniesie. I przecież nie świadczy to o tym, że jej mięśnie działają według innych praw fizjologii.

Z lękiem mamy podobny problem. Wiemy całkiem sporo o mechanizmach, które go uruchamiają i podtrzymują, natomiast człowiek, u którego te mechanizmy działają, nie pojawia się na świecie jako czysta kartka. Ma określony temperament, wcześniejsze doświadczenia, historię uczenia, skojarzenia, większą albo mniejszą reaktywność na pewne bodźce. Różnimy się też tym, jak szybko uruchamia się u nas alarm i jak długo organizm potrzebuje później, żeby wrócić do równowagi. Znaczenie ma poczucie wpływu, przewidywalność sytuacji, aktualne zmęczenie, stres, stan fizyczny. Czasami różnicę robi doświadczenie sprzed kilku dni, czasami coś, czego nauczyliśmy się wiele lat wcześniej.

Dlatego trzy osoby mogą spaść z konia w bardzo podobnej sytuacji i każda z nich może przeżyć to trochę inaczej.

Pierwsza wstanie, otrzepie się, ponownie wsiądzie i za pół godziny będzie opowiadała o całej historii ze śmiechem. Druga też wsiądzie i dokończy jazdę, więc z zewnątrz moglibyśmy powiedzieć, że właściwie zareagowała identycznie. Dopiero kilka dni później zauważy, że przed galopem zaczyna napinać ciało albo że pojawia się myśl, której wcześniej nie było: „a co, jeśli znowu spadnę?”. Trzecia po tym samym upadku będzie miała tak silną reakcję, że ponowne wejście na konia tego dnia okaże się dla niej niemożliwe.

Bardzo nie lubię, kiedy na podstawie tych trzech reakcji zaczynamy wyciągać wnioski o charakterze człowieka. Ten pierwszy jest silny, drugi trochę mniej, trzeci się rozczula. Za mało wiemy. Samo zachowanie po trudnym wydarzeniu mówi nam bardzo niewiele o tym, dlaczego organizm zareagował właśnie w taki sposób.

To ma ogromne znaczenie, kiedy zaczynamy pracować z lękiem. Tutaj też istnieją mechanizmy, o których możemy mówić dość konkretnie. Unikanie może lęk podtrzymywać. Jeżeli za każdym razem wycofuję się w chwili, kiedy pojawia się strach, a po wycofaniu natychmiast czuję ulgę, mogę bardzo skutecznie nauczyć swój mózg, że właśnie dzięki uniknięciu sytuacji udało mi się odzyskać bezpieczeństwo. Dlatego sensowna praca z lękiem zawiera kontakt z tym, czego się boimy. Potrzebujemy nowych doświadczeń, w których spotykamy się z pobudzeniem i odkrywamy, że możemy sobie z nim poradzić. Potrzebujemy sprawczości, możliwości wyboru, stopniowego poszerzania Okna Tolerancji.

Tutaj właśnie wraca mi ta sztanga.

Skoro obciążenie jest potrzebne do adaptacji, trzeba dobrać obciążenie. Nie po prostu dowalić ciężaru.

Jeżeli pracuję z osobą, która boi się galopu, dla jednej właściwym wyzwaniem może być dzisiaj samodzielne zagalopowanie i przejechanie całej ujeżdżalni. Będzie pobudzona, może nawet mocno, ale nadal będzie w stanie czuć konia, korzystać ze swoich umiejętności, słyszeć moje wskazówki i podejmować decyzje. Po takim doświadczeniu ma szansę wyjść z bardzo konkretną informacją: bałam się, ale potrafiłam działać i poradziłam sobie.

Inna osoba przy tym samym zadaniu może być już tak mocno pobudzona, że z całego swojego jeździeckiego warsztatu będzie miała dostęp do niewielkiej części. Napnie ciało, przestanie oddychać, zawęzi uwagę, straci część umiejętności, które w spokojnym stanie posiada. W jej przypadku odpowiednim wyzwaniem mogą być dzisiaj trzy foule galopu na lonży. To wcale nie znaczy, że ma na tych trzech foule zostać do końca życia. Za jakiś czas będzie ich sześć, później pół koła, później całe koło, później galop bez lonży. Tempo też nie musi być książkowe. Być może zrobi ogromny skok w ciągu dwóch treningów, a być może na którymś etapie utkniemy i będziemy musieli sprawdzić, co właściwie się dzieje.

I tego właśnie często brakuje mi w rozmowach o „wychodzeniu ze strefy komfortu”. Sam fakt, że coś jest trudne, nie mówi jeszcze, czy jest dobrym doświadczeniem uczącym. Jeżeli chcemy korzystać ze stresu jako bodźca do adaptacji, musimy interesować się również dawką. Za mała może niczego nie zmienić. Odpowiednia może budować nowe doświadczenie sprawczości. Zbyt duża może sprawić, że człowiek będzie głównie próbował przetrwać sytuację, którą miał się czegoś nauczyć.

Pracując z jeźdźcami widzę to właściwie cały czas. Dwie osoby mogą wykonywać dokładnie to samo ćwiczenie, nawet na tym samym koniu, a dla jednej będzie to zwykłe ćwiczenie techniczne, podczas gdy druga pracuje właśnie na granicy swoich aktualnych możliwości regulacyjnych. Jeżeli jako trener patrzę wyłącznie na wykonanie zadania, mogę tego w ogóle nie zobaczyć. Mogę też uznać, że skoro pierwsza osoba poradziła sobie bez problemu, druga powinna zrobić dokładnie to samo. Przecież koń ten sam. Zadanie to samo. Warunki te same.

Człowiek nie ten sam.

„Każdy jest inny” nie jest oczywiście odpowiedzią na wszystko i nie oznacza, że o lęku nie możemy powiedzieć niczego konkretnego. Możemy. Mamy wiedzę o uczeniu się, unikaniu, reakcjach obronnych, pobudzeniu, regulacji i wielu innych procesach. Korzystam z niej właśnie po to, żeby wiedzieć, co robię i dlaczego. Ta wiedza nie daje mi jednak uniwersalnej dawki trudności, którą mogę zaaplikować każdemu człowiekowi.

Wszyscy mamy układ nerwowy zbudowany według tego samego podstawowego planu. Różnimy się tym, czego nasze układy nerwowe nauczyły się przez całe nasze życie, jak łatwo uruchamiają alarm, na co są szczególnie wyczulone, jak reagują na konkretną sytuację i jak szybko później odzyskują równowagę. Dlatego mechanizmy pracy z lękiem mogą być wspólne, a sposób ich zastosowania musi uwzględniać człowieka, z którym akurat pracujemy.

Jeśli czujesz, że jest jakiś obszar Twojego życia związany z emocjami, z którym chciałabyś albo chciałbyś popracować bardziej indywidualnie, napisz w komentarzu EMOCJE. Odezwę się do Ciebie w wiadomości prywatnej i porozmawiamy o tym, z czym się teraz mierzysz i jaka forma pracy byłaby dla Ciebie na ten moment najlepszym rozwiązaniem.

———

Ijeszcze na koniec mała prośba. Facebook promuje przede wszystkim te treści, które są komentowane, zapisywane, udostępniane i pod którymi zostawiacie reakcje. Jeśli więc uważasz, że to, o czym piszę, jest wartościowe, możesz pomóc mi dotrzeć z tym dalej. Każdy komentarz, polubienie, zapisanie czy udostępnienie zwiększa szansę, że ten post trafi również do osób, które właśnie teraz mogą potrzebować tej wiedzy najbardziej.

NIE MIERZ INNYCH WŁASNĄ MIARĄ(ZWŁASZCZA MIARĄ WŁASNEGO UKŁADU NERWOWEGO)Pod udostępnionym w jednej z grup moim ostatnim ...
28/08/2026

NIE MIERZ INNYCH WŁASNĄ MIARĄ

(ZWŁASZCZA MIARĄ WŁASNEGO UKŁADU NERWOWEGO)

Pod udostępnionym w jednej z grup moim ostatnim postem nawiązała się bardzo ciekawa dyskusja. To jest grupa, którą cenię, wypowiadają się tam ludzie od lat pracujący z końmi, trenerzy, osoby z ogromnym doświadczeniem i naprawdę nie mam wątpliwości, że zależy im zarówno na koniach, jak i na tym, żeby wychowywać dobrych, samodzielnych, radzących sobie jeźdźców. Ta rozmowa wywołała jednak we mnie sporo emocji, bo właściwie przez cały czas miałam wrażenie, że brakuje nam jednego małego trybiku. Jesteśmy bardzo blisko porozumienia, zgadzamy się nawet w kilku zasadniczych kwestiach, po czym dochodzimy do zupełnie różnych wniosków.

Jednym z tematów było stare jeździeckie „spadłeś, otrzep się i wsiadaj”. Pojawił się argument, że człowiek odporny psychicznie przyjmuje porażkę bez emocjonalnego dramatu, wstaje, wyciąga wnioski i idzie dalej. Że lider nie wymięka. Pojawiło się też przekonanie, że szybkie otrzepanie się po trudnym wydarzeniu nie pozwala lękowi „zakorzenić się w głowie” i w ten sposób zapobiega traumie. Kiedy zaczęłam pisać o tym, że czasami ponowne wejście na konia natychmiast po upadku nie będzie najlepszym rozwiązaniem, bardzo szybko pojawiła się druga strona tej opowieści: dzisiejszy świat głaszcze ludzi po głowie, chroni ich przed każdym stresem, pozwala unikać trudnych doświadczeń, a potem dziwimy się, że ludzie są coraz mniej odporni.

Tylko że ja się z częścią tego argumentu zgadzam. Unikanie jest jednym z podstawowych mechanizmów podtrzymujących lęk. Jeżeli za każdym razem, kiedy czuję strach, wycofuję się z sytuacji i natychmiast odczuwam ulgę, mój mózg może nauczyć się związku pomiędzy wycofaniem a odzyskaniem bezpieczeństwa. W pracy z lękiem zdecydowanie nie chcemy więc budować człowiekowi rzeczywistości, w której nigdy się nie przestraszy, nigdy nie będzie zestresowany i nie spotka go nic trudnego. Stres jest potrzebny. Konfrontowanie się z tym, czego się boimy, również jest potrzebne. Bez tego bardzo trudno nauczyć się, że możemy czegoś się bać i jednocześnie sobie z tym poradzić.

Problem pojawia się kawałek dalej, kiedy uznajemy, że skoro unikanie może wzmacniać lęk, trzeba człowieka możliwie szybko skonfrontować z tym, czego właśnie się przestraszył. Wsiadaj, nie myśl, nie rozkładaj tego na czynniki pierwsze, bo jeszcze zaczniesz się bać. I tutaj właśnie brakuje mi tego jednego trybiku: pomiędzy unikaniem trudnego doświadczenia a zalaniem człowieka pobudzeniem istnieje naprawdę duża przestrzeń.

W psychologii od dawna wiemy, że uczenie się zależy między innymi od poziomu pobudzenia. Człowiek potrzebuje pewnej dawki stresu i wyzwania, żeby zdobywać nowe doświadczenia, ale nie obowiązuje tutaj zasada „im więcej, tym lepiej”. Przy odpowiednim dla konkretnej osoby poziomie pobudzenia nadal mamy dostęp do myślenia, ciała, podejmowania decyzji, możemy zauważać, co się z nami dzieje i korygować swoje działanie. Wtedy doświadczenie „bałam się, a jednak sobie poradziłam” rzeczywiście może zmieniać sposób, w jaki następnym razem ocenimy podobną sytuację. Jeżeli pobudzenie jest zbyt wysokie, proces uczenia może wyglądać zupełnie inaczej. Możemy zamiast doświadczenia sprawczości dostać kolejne bardzo mocne doświadczenie zagrożenia.

I teraz wróćmy do człowieka, który właśnie spadł z konia.

Jeżeli jesteś w stanie wstać, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, otrzepać się, wsiąść i spokojnie pojechać dalej, to bardzo możliwe, że ponowne wejście na konia jest dla ciebie w tym momencie świetnym rozwiązaniem. Sama wielokrotnie po upadkach robiłam dokładnie to samo i nadal uważam, że w wielu sytuacjach ma to sens. Nie widzę żadnego powodu, żeby człowieka, który chce wsiąść ponownie i jest w stanie to zrobić, zatrzymywać na ziemi i obowiązkowo kazać mu przez pół godziny analizować swoje emocje.

Tyle że ktoś inny po podobnym upadku może mieć trzęsące się ręce, bardzo silne napięcie mięśniowe, zawężoną uwagę, problemy ze złapaniem oddechu i organizm nadal przygotowany do walki albo ucieczki. Możemy mu oczywiście powiedzieć, że nic mu nie jest, że koń stoi spokojnie, że trzeba być silnym i że najlepiej nie robić z tego dramatu. On może się z nami nawet całkowicie zgadzać. Może wsiąść. To nadal nie oznacza, że jego organizm zakończył reakcję alarmową.

Jeżeli po bardzo poważnym upadku byłeś w stanie wstać, otrzepać się, ponownie wsiąść i nigdy później nie rozwinąłeś lęku związanego z tym wydarzeniem, to jest ważne doświadczenie. Twoje doświadczenie. Nie możemy jednak na jego podstawie stwierdzić, że człowiek, który zareagował inaczej, ma słabszy charakter, jest mniej odporny albo nie potrafi „przyjąć porażki”. Ludzie różnią się reaktywnością układu nerwowego, wcześniejszymi doświadczeniami, historią uczenia, podatnością na stres, tempem powrotu do równowagi i mnóstwem innych rzeczy. To samo wydarzenie może więc przejść przez dwa organizmy zupełnie inaczej.

Myślę, że właśnie ludziom, którzy bardzo łatwo wracają do równowagi po trudnych wydarzeniach, szczególnie łatwo tego nie zauważyć. Jeżeli przez trzydzieści lat spadasz, otrzepujesz się, wsiadasz i wszystko jest dobrze, możesz dojść do całkiem logicznego wniosku, że tak właśnie należy postępować. Potem zaczynasz uczyć innych i przekazujesz im metodę, która wielokrotnie sprawdziła się u ciebie. Robisz to w dobrej wierze. Chcesz nauczyć ludzi odporności, samodzielności i radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Tyle że w pewnym momencie własny sposób reagowania zaczyna być traktowany jak uniwersalna instrukcja działania ludzkiego układu nerwowego.

A takiej instrukcji po prostu nie ma.

Czasem po upadku najlepszym rozwiązaniem będzie ponownie wsiąść. Czasem człowiek potrzebuje kilku minut, żeby pobudzenie trochę opadło, i wtedy wsiądzie. Czasem rozsądniej będzie tego dnia już nie wsiadać, zrobić coś z koniem z ziemi i wrócić do jazdy następnego dnia. Po bardzo trudnym zdarzeniu czasem potrzebny jest dłuższy proces. Decyzja zależy między innymi od tego, co właściwie dzieje się z człowiekiem w danym momencie, a nie od zasady mówiącej, ile minut po upadku dobry jeździec powinien znaleźć się z powrotem na koniu.

Kontakt z własnym lękiem też nie jest rozczulaniem się nad sobą. To jest chyba drugie nieporozumienie, które bardzo często widzę. Świadoma praca z lękiem wymaga kontaktu z tym, czego się boimy. Trzeba nauczyć się zauważać pobudzenie w ciele, pozostawać z nim, rozpoznawać moment, w którym nadal mamy dostęp do swoich zasobów, i stopniowo zwiększać poziom trudności. Czasem trzeba też wytrzymać bardzo silną pokusę wycofania się i mimo lęku zrobić kolejny krok. Łagodność wobec siebie i pobłażliwość wobec siebie to dwie różne rzeczy. Tak samo regulacja i unikanie.

Mam też problem ze stwierdzeniem, że szybkie otrzepanie się zapobiega traumie. Gdyby układ nerwowy działał w ten sposób, problem reakcji pourazowych byłby znacznie prostszy do rozwiązania. Możemy świadomie uznać wydarzenie za zakończone, powiedzieć sobie, że nic wielkiego się nie stało, wstać i działać dalej, a organizm może zapisać to doświadczenie zupełnie inaczej. Siła charakteru nie daje nam immunitetu na reakcje pourazowe.

Dlatego ta dyskusja była dla mnie tak ważna. Nie widzę po drugiej stronie ludzi, którzy chcą krzywdzić swoich jeźdźców albo produkować traumę. Widzę doświadczonych koniarzy, którzy chcą uczyć ludzi odwagi, sprawczości i odporności. Właściwie chcemy bardzo podobnych rzeczy. Różnimy się w jednym miejscu: ja nie zakładam, że droga, która nauczyła odporności mnie, będzie właściwą drogą dla każdego człowieka, którego uczę.

Jeżeli więc miałabym wyciągnąć z tej całej dyskusji jedną rzecz, którą chciałabym bardzo mocno wnieść do świata jeździeckiego, byłaby właśnie ta:

Nie mierz innych własną miarą. Zwłaszcza miarą własnego układu nerwowego.

To, że coś pomogło Tobie, jest bardzo cenną informacją o Tobie. Zanim zastosujesz to samo wobec drugiego człowieka, zobacz najpierw, z kim właściwie masz do czynienia.

———

I tradycyjnie już na koniec mała prośba. Facebook promuje przede wszystkim te treści, które są komentowane, zapisywane i udostępniane. Jeżeli więc czujesz, że to, o czym piszę, jest wartościowe, możesz pomóc mi dotrzeć z tym dalej. Każda reakcja, komentarz, zapisanie czy udostępnienie tego posta zwiększa szansę, że Facebook pokaże go również komuś, kto właśnie teraz bardzo potrzebuje przeczytać, że jego lęk nie świadczy o słabości i że nie musi reagować tak samo jak inni.

KONIE NIE POTRZEBUJĄ TWARDZIELI„Trzeba wsiadać i nie histeryzować”.„Pani jedzie na tym koniu czy koń na pani?”„Spadłaś? ...
27/08/2026

KONIE NIE POTRZEBUJĄ TWARDZIELI

„Trzeba wsiadać i nie histeryzować”.

„Pani jedzie na tym koniu czy koń na pani?”

„Spadłaś? To wsiadaj z powrotem, bo inaczej będziesz się bała.”

Pod moimi ostatnimi tekstami piszecie, że słyszeliście takie rzeczy dwadzieścia czy trzydzieści lat temu. Piszecie o instruktorach, którzy kazali wsiadać, o ludziach ze stajni, którzy się śmiali, o „loży szyderców”, o tym, że strach był czymś, do czego lepiej było się nie przyznawać. Tylko że obok tych historii pojawiają się również historie całkiem współczesne. Te same zdania, czasem trochę inaczej opakowane. Ten sam komunikat: dobry jeździec powinien sobie poradzić, a jeżeli się boi, to najlepiej niech za bardzo tego nie pokazuje.

Oczywiście są już stajnie i trenerzy, u których wygląda to zupełnie inaczej. Piszecie też o miejscach, w których podczas jazdy słyszycie wspierające komunikaty, macie prawo powiedzieć, że czegoś nie chcecie zrobić, można się zatrzymać, zejść z konia, zmienić ćwiczenie albo wrócić do czegoś później bez komentarzy podważających waszą odwagę czy kompetencje. I dobrze, bo to pokazuje, że kultura jeździecka może się zmieniać. Tyle że zmienia się bardzo nierówno.

Nadal funkcjonuje w niej dość jasno określony wzorzec tego, jaki powinien być dobry jeździec. Dobry jeździec się nie boi. Nie marudzi. Nie odmawia. Nie mówi, że dzisiaj nie chce wsiąść na tego konia. Po upadku otrzepuje piach z bryczesów i wsiada z powrotem. Zaciska zęby. Jak koń robi coś trudnego, to „pokazuje mu, kto tu rządzi”. Jak sobie nie radzi, powinien bardziej się postarać, a najlepiej jeszcze zrobić to bez robienia wokół siebie zamieszania.

Nazwijmy go roboczo mitem twardego koniarza.

W historiach, które opisywaliście pod ostatnimi tekstami, bardzo często obok samego lęku pojawiała się reakcja otoczenia. Teksty o histerii, tchórzostwie, braku charakteru. Jedna z Was użyła określenia „loża szyderców” i napisała coś jeszcze, co uważam za bardzo ważne: przez wiele lat była przekonana, że poza nią właściwie nikt się nie boi.

Bo jeżeli w środowisku obowiązuje przekonanie, że strach jest czymś, czego jeździec powinien się wstydzić, bardzo szybko uczymy się również tego, żeby go nie pokazywać. I wtedy powstaje dość absurdalna sytuacja. W stajni jest dziesięć osób, z których sześć czegoś się boi, pięć stara się tego po sobie nie pokazać, trzy są święcie przekonane, że pozostali się nie boją, a przynajmniej dwie zaczynają się zastanawiać, czy przypadkiem nie są jedynymi osobami, które „się do tego nie nadają”.

Sam lęk jest wtedy dopiero początkiem problemu. Do niego bardzo szybko przykleja się wstyd.

Boję się. Przecież nie powinnam się bać. Inni sobie radzą. Ja sobie nie radzę. Widocznie jestem słabsza. Widocznie jestem gorszym jeźdźcem.

I z czymś takim pracuje się później znacznie trudniej niż z samym lękiem przed galopem, terenem, skokiem czy konkretnym koniem, bo człowiek zaczyna bronić już nie tylko swojego bezpieczeństwa. Broni również własnego obrazu siebie. Każde wycofanie się staje się potencjalnym dowodem słabości, każda odmowa niesie ryzyko wstydu, a powiedzenie trenerowi „boję się” wymaga czasem więcej odwagi niż wykonanie ćwiczenia, którego człowiek się boi.

Żeby była jasność: nie uważam, że rozwiązaniem jest zrobienie z jeździectwa przestrzeni, w której każdy dyskomfort oznacza natychmiastowe wycofanie się z sytuacji. Jeździectwo wymaga odporności psychicznej. Pracujemy z dużym, silnym, żywym zwierzęciem, które może się przestraszyć, wyrwać, ponieść, stanąć dęba, odskoczyć półtora metra w bok, bo za płotem pojawiła się reklamówka, której wczoraj tam nie było. Jeździec potrzebuje umiejętności działania pod presją, tolerowania napięcia, podejmowania decyzji w trudnej sytuacji i stopniowego poszerzania tego, z czym potrafi sobie poradzić. Nie mam najmniejszego problemu ze słowem „odwaga” w jeździectwie. Mam problem z tym, jak często mylimy odwagę z brakiem lęku.

Człowiek odważny może się bać. Właściwie dopiero wtedy odwaga ma jakiekolwiek zastosowanie.

Można mieć dwadzieścia lat doświadczenia, świetny dosiad, ogromną wiedzę o koniach, umieć czytać ich zachowanie, wyszkolić kilka czy kilkanaście koni i nadal czegoś się bać. Można po wypadku zacząć bać się sytuacji, które wcześniej nie stanowiły żadnego problemu. Można mieć okres w życiu, kiedy tolerancja ryzyka nagle się zmienia. Można po urodzeniu dziecka odkryć, że coś, co kiedyś było ekscytujące, teraz uruchamia alarm. Można po pięćdziesiątce nie mieć najmniejszej ochoty udowadniać komukolwiek, że nadal jest się gotowym wsiąść na każdego konia, którego ktoś wyprowadzi ze stajni. I żadna z tych rzeczy sama w sobie nie mówi jeszcze niczego o tym, czy ktoś jest dobrym jeźdźcem.

Znam również drugą stronę tego mitu. Ludzi, którzy naprawdę świetnie nauczyli się być „twardymi koniarzami”. Wsiadają mimo strachu. Nie mówią o nim. Czasem nawet sami przed sobą nie bardzo chcą przyznać, że się boją. Zaciskają ciało, próbują przejąć jeszcze więcej kontroli nad koniem, robią się sztywni, bardziej reaktywni, szybciej się złoszczą. Z zewnątrz mogą wyglądać na osoby, które świetnie sobie radzą. Układ nerwowy nie czyta jednak regulaminu stajni i nie wie, że zgodnie z lokalną kulturą nie wypada się bać.

To jest jedna z większych szkód, jakie robi mit twardego koniarza. Nie sprawia, że ludzie przestają się bać. Sprawia, że wielu uczy się bać po cichu i jeszcze mieć do siebie pretensje za to, że w ogóle coś takiego czuje.

Kiedy pracuję z jeźdźcami nad lękiem, znacznie bardziej interesuje mnie człowiek, który potrafi powiedzieć: „tego się boję”, niż człowiek, który za wszelką cenę próbuje udowodnić, że nie boi się niczego. Z pierwszą osobą można bardzo konkretnie pracować. Możemy sprawdzić, czego dokładnie się boi, co uruchamia reakcję, gdzie kończy się jej aktualne Okno Tolerancji, czego potrzebuje, żeby odzyskać poczucie wpływu, jakie umiejętności rzeczywiście warto poprawić i w jakim tempie możemy poszerzać zakres sytuacji, w których nadal ma dostęp do swoich kompetencji. Przy udawaniu, że lęku nie ma, nie mamy nawet od czego zacząć.

I chyba najwyższy czas przestać traktować zdanie „boję się” jak wyznanie winy jeźdźca.

Spróbujmy zrobić jeszcze jedną rzecz. Skoro mit twardego koniarza tak długo podpowiadał nam, jaki „powinien” być dobry jeździec, spróbujmy wspólnie stworzyć jego nowy obraz.

Jaki właściwie powinien być dobry jeździec?

Dla mnie na pewno nie musi być twardy. Powinien być wrażliwy, bo bez wrażliwości trudno usłyszeć to, co komunikuje koń. Powinien mieć empatię, umieć obserwować, myśleć, uczyć się, zauważać własne reakcje i brać za nie odpowiedzialność. Powinien potrafić pracować nie tylko z układem nerwowym konia, ale również ze swoim. Rozpoznawać moment, w którym jest jeszcze w stanie działać świadomie, i ten, w którym zaczyna reagować z napięcia, strachu albo złości. Pewność siebie też jest ważna, tylko nie rozumiem jej jako braku lęku. Bardziej jako zaufanie do własnych kompetencji, umiejętność podejmowania decyzji i świadomość, że kiedy czegoś nie wiem albo sobie z czymś nie radzę, mogę się tego nauczyć.

Konie nie potrzebują twardzieli.

Jestem bardzo ciekawa, co Wy dopisalibyście do tego obrazu. Spróbujmy stworzyć go wspólnie. Jakie cechy naprawdę powinien mieć dobry jeździec? Piszcie w komentarzach. Zobaczymy, co nam z tego wyjdzie.



Jeśli treści, które tutaj publikuję, w jakiś sposób z Tobą rezonują, są dla Ciebie wartościowe albo czujesz, że mogą pomóc komuś innemu, możesz je zapisać, skomentować lub udostępnić.

Facebook między innymi na podstawie tego, jak ludzie reagują na publikowane treści – czy je komentują, zapisują i udostępniają – ocenia, czy warto pokazywać je dalej i większej liczbie osób. Dlatego każda taka reakcja naprawdę ma znaczenie. Być może dzięki Twojemu komentarzowi albo udostępnieniu ten tekst trafi właśnie do osoby, która w tej chwili bardzo potrzebuje go przeczytać. ❤️

Adres

Szczytno
12-100

Godziny Otwarcia

Poniedziałek 08:00 - 22:00
Wtorek 08:00 - 22:00
Środa 08:00 - 22:00
Czwartek 08:00 - 22:00
Piątek 08:00 - 22:00
Sobota 08:00 - 22:00
Niedziela 08:00 - 22:00

Telefon

+48535535570

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Jeździecka Przestrzeń Wsparcia - Katarzyna Jasińska:

Skróty

Udostępnij

Kategoria