31/03/2026
Nie wiedziałam, że życie z 17letnim psem będzie tak stresujące - to ciągła mieszanka strachu i ulgi.
Ciągłe unikanie myśli o tym, że mamy mało czasu. Okrutna świadomość tego, że to może być nasz ostatni rok.
Wychodzę na spacery z trwogą w sercu, czy dziś będzie miała dobry dzień, czy nie będzie chciała iść. Kiedy ma dobry dzień - ogromny kamień spada mi z serca. Ale tylko do następnego dnia i następnego wyjścia na spacer.
Codziennie z obawą podaję jej rano tabletkę, którą najpierw wącha - jeżeli zje - jest dobrze, jeżeli nie - wiem już, że resztę dnia spędzę martwiąc się o nią lub umawiając już wizytę u weterynarza.
Zasypiając, kiedy słyszę, jak oddycha, odganiam myśli o niej, bo wszystkie tłoczą się wokół strachu o to, że za jakiś czas jej nie będzie.
Kiedy ma gorsze dni - płaczę. Nie potrafię się w tym zatrzymać, nie potrafię się z tym pogodzić.
Nie chcę, żeby Ija była stara i żeby umierała. Nie chcę czuć poczucia zdrady wobec niej, że jej już nie będzie, a życie będzie trwało dalej. Będę chodzić na spacery dalej. Karmić psy dalej. Wygłupiać się z nimi dalej. Żyć dalej.
A jej nie będzie i nie będę miała żadnej gwarancji, że gdzieś jest w ogóle.
Bardzo chciałabym mieć taką gwarancję, jednak nie potrafię w nic wierzyć, bo na nic nie ma dla mnie wystarczających dowodów.
Jej wiek tylko zacieśnił naszą relację. Wszystko jest pod Iję, żeby jej było dobrze i wygodnie. Jest delikatna, powykrzywiana od spondylozy, jej mięśnie zanikły, stała się taka krucha i mała.
Pomimo tego - chcę się o nią bać. Chcę się bać jak najdłużej, bo strach przy niej wydaje się być lepszy niż uczenie się życia bez niej.