07/08/2026
Dziś mija miesiąc, odkąd Frida - Frytka - Fryteczka zamieszkała z nami! Co to był za piękny miesiąc! Do domu znów zawitała radość i szczenięca energia! Pobudki rano już nie były podyktowane ustawieniem budzika, tylko - wschodem słońca, które wprawia w ruch szczenięce ciałka. Frytka przez miesiąc trochę nam urosła, przyswoiła wszystkei domowe zasady, nauczyła się zostawać sama w domu... Czego więcej chcieć? Pełnia szczęścia!
Nie wiedzieliśmy jednak, że w jeden dzień, a właściwie w ciągu kilku minut rozmowy można podwoić dawkę psiego szczęścia! Że można naszą Fryteczkę sklonowac :) Tu oczywiście taki żarcik i duuuże uproszczenie. Bo cztery dni temu w naszym domu zamieszkała matka Frytki - Pandzia. Właściwie to mogłaby być to Pyrka, Madre lub Batatka :) Ale chyba zostanie już Pandzia, bo dziewczyna swoje imię zna i chyba lubi.
Tak więc mamy szczęścia i młodzieńczej energii razy dwa. Bo Pandzia to praktycznie jeszcze dzieciak. To bardzo młoda sunia, choć już odchowała miot.
Wiecie, co jest ciekawe? Gdy poznałam Frytkę, gdy ją obserwowałam, ciągle sobie powtarzałam, że musiały te szczeniaki mięc dobra matkę. Bo są ufne, łagodne, otwarte na świat, choć trochę może i nieśmiałe. Frytka jednak bardzo szynko pokojnuje wszystkie lęki i ufa nam - jeśli idziemy gdzies razem, to nic jej nie grozi. Ufa starszym, więc musiała mieć dobrą matkę!
I w życiu nie przypuszczałam nie tylko tego, że kiedykolwiek mamusię Frytki zobaczę, ale i - że z nami zamieszka!
Jak widzicie na załączonym obrazku, Frytka jest kopią matki. Z wyglądu. W dużym stopniu też z charakteru. Obydwie są bardzo nastawione na człowieka i wręcz zaborcze o jego uwagę. Ale z tym też coraz lepiej.
Wiele bym mogła o Dziewczynach opowiadać, bo codziennie nas czymś zaskakują. Frytka tym, jak się rozkręca. Jak jest wpatrzona w matkę. Jak przestaliśmy być dla niej centrum wszechświata. A Pandzia - jak pomału sie uspokaja. Jak jest delikatna z córką. Jak stara się być na każde nasze zawołanie tam, gdzie trzeba. Z jednym tylko małym "rysikiem" na jej cudownym usposobieniu. I wiadomo, skąd to się wzięło. Z głodu... A więc Pandzia jest w ciągłej gotowości, by zdobyć jedzenie. Czeka tylko na okazję, by zwinąć ze stołu lub z blatów cokolwiek. Przy nas - nie. Bo wiadomo. Ale wczoraj nieopatrznie wyszliśmy na taras, zostawiając na środku stołu miskę z sałatką. Ale krzesła wsunięte pod stół, miska na środku - wydawało się, że jest bezpiecznie. Zwłaszcza że w misce resztki rukoli i śliwek. Wyszliśmy więc na taras, Dziewczynki z nami. Początkowo dwie. I nagle widzę, że Frytka zdezorientowana patrzy przez drzwi tarasowa do środka, a tam widać jadalnię. Patrzy zdziwiona, po czym wydaje z siebie krótki ostrzegawczy szczek, patrzy na mnie i - jak w mig rozumiem, co jest grane. Wbiegam do pokoju, krzyczę na Pandzie, że "nie wolno" (staram się gniewnie, by było skutecznie, ale w głębi serca w ogóle sie nie gniewam). Pandzia skruszona wychodzi z pokoju.
I mam zagwozdkę. Czy mamy Fryteczkę - kapusia? Doniosła nam, że matka na stole? Czy też wręcz przciwnie? Matkę tym szczeknięciem próbowała ostrzec? Bo ja zwrociłam uwagę na drzwi tarasowe i brak drugiego psa z nami dopiero po jej szczeknięciu. Tak więc taka to historia - nad kradziejstwem będziemy pracować. Nie lubię kradziejstwa, ale rozumiem Pandzię całkowicie. Mam nadzieję, że w końcu się przekona, że jedzenia jej u nas nie zabraknie i ten paskudny nawyk pójdzie w zapomnienie.
A nasze życie dopiero teraz zaczyna przypominać życie ze szczeniakiem :) Bo Fryteczka to był przez ten miesiąc taki psi aniołek, że aż zawiało nudą. Tzn. było cudownie, ale nie wiadomo właściwie było, o czym Wam tu napisać, poza tym, że jest cudowna :) Teraz to jest wreszcie normalnie, wesoło, jak to ze szczeniakami :) Dwoma na dodatek :)