18/05/2026
Tak, że ten...
Polska jest rajem dla trylobiciarzy. To znaczy psychopatów, którzy łażą po górach i zamiast podziwiać, jak miś s*a pod skałą, gapią się pod własne nogi. Szukają tam trylobitów, czyli robali, które wzięły i zdechły ponad 250 milionów lat temu. Jakby wokół nie było pełno całkiem świeżych. Góry Świętokrzyskie są jednym z tych miejsc na świecie, gdzie tego cholerstwa znajdziecie najwięcej, ale to wcale nie znaczy, że to jeden wielki cmentarz, tylko gigantyczny kontener Caritasu.
Trylobity nazywają się tak, bo składały się z trzech części: jednej środkowej i dwóch bocznych z całą masą bajzlu w środku. Ich szkielet i pancerz w jednym był zbudowany z węgla i wapnia. No i trylobity od czasu do czasu go zrzucały, bo przechodziły linienie, tak jak niektóre współczesne robaki i inne takie. Te skamieniałości, które ludzie kolekcjonują, to głównie wylinki. Trylobiciarze zbierają z podłogi świata stare ciuchy brzydkich prarobali.
Trylobity, jeszcze kiedy żyły, czyli już 520 milionów lat temu, miały bardzo blisko do skamieliny. Nawet soczewki ich oczu były kamienne. Zrobiły je sobie z kalcytu, co jest głupim wyborem nawet jak na skamielinę. No bo, po pierwsze, kalcyt jest cięższy od białka czy chityny. Ale dobra, powiedzmy, że w morzu, w którym żyły trylobity, taka kamienna gała nie ciąży. Jest jednak drugi problem, bo kalcyt rozszczepia światło na dwa promienie. Jak się weźmie przezroczysty kryształ kalcytu i spojrzy przez niego na cokolwiek, to widzi się dwa cokolwieki.
Trylobit jednak bohatersko walczy z problemami nieznanymi innym stworzeniom. Głównie dlatego, że był prawdopodobnie pierwszym ziemskim dziadem z tak rozwiniętym aparatem wzroku. Trylobit ogarnął jeden konkretny sposób ułożenia kalcytowej soczewki (pod którą jest komórka światłoczuła), który pozwala widzieć pojedynczo. Inaczej umarłby z nudów, bo nic wtedy ciekawego nie leciało w telewizji, a on by to musiał oglądać podwójnie.
Takich soczewek trylobit potrafił mieć od cholery ciut ciutnych albo mniej, ale większych. To znaczy były dwa główne rodzaje oczu. Pierwsze (holochroalne), mniej zaawansowane, to bardzo dużo malutkich soczewek – nawet 15 000 na jedno oko. Każda z nich dawała jeden piksel obrazu, więc trylobit widział wszystko w stylu pierwszego Mario.
Drugi rodzaj oczu (schizochroalne) miał soczewki grubsze (do 0,5 mm) i bardziej zaawansowane. Były oddzielone od siebie pancerzem i każda miała własną rogówkę. Problem z soczewkowymi grubasami jest taki, że światło załamuje się różnie w zależności od tego, gdzie wchodzi. To aberracja sferyczna, a jej efektem jest obraz rozmyty jak po podejrzanie tanim chlebie w płynie.
Kartezjusz (to nie trylobit, tylko zakurzony Francuz) w XVII wieku obliczył, jaki dokładnie kształt powinna mieć powierzchnia soczewki, żeby tę aberrację wyeliminować, i nazwał go z wrodzoną sobie skromnością powierzchnią kartezjańską. Potem przyszedł jeszcze Huygens, który zaproponował dwuwarstwową soczewkę z dwóch materiałów o różnym współczynniku załamania, bo lubił sobie komplikować życie i widzieć wyraźniej.
Tymczasem banda wodnych robali wymyśliła dokładnie to samo, tylko 400 milionów lat wcześniej, bez zawracania sobie szczękoczułków matematyką.
Nie wiadomo dokładnie, co widziały trylobity, ale więcej niż samo światło. Niektóre osłaniały się zresztą od niego specjalnymi pancernymi wyrostkami jak czapką z daszkiem. Inne wyhodowały sobie trójzęby do pojedynków. Jak jelenie rogi, tylko mniejsze i śmierdzące sardynkami.
Trylobity były różne. Niektóre miały rozmiar pchły, ale największe osiągały nawet 70 cm trylobita. I wszystkie oddychały nogami. Miały takie podwójne syrki i jedną część zajmowały skrzela. Mam tylko nadzieję, że nimi nie wąchały, bo musiałyby codziennie zmieniać skarpetki.
A piszę o tych skamielinach, bo 18 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Muzeów i chciałbym też korzystając z okazji złożyć życzenia moje przyjaciółce Kamili, która miała niedawno urodziny i jest o rok starsza ode mnie.
No dobra. To pokażcie swoje trylobity, bo wiem, że od początku tekstu i tak o niczym innym nie myślicie, zwyrole.
,
Link do książki o świeższych robalach w komentarzu.