17/07/2026
Kiedy ruch zabija. O ochwacie ostrym.
(Nie rozważam tu innych jednostek chorobowych.)
1 Po pierwsze - ruch nie jest wskazany, kiedy koń dostaje leki przeciwzapalne.
Bo to niby oczywiste, ale można zapomnieć - leki przeciwzapalne niwelują ból, ale nie likwidują przyczyny ani skutku ochwatu.
Koń doświadczający właśnie ostrego ochwatu i będący na lekach przeciwzapalnych/przeciwbólowych nie powinien się ruszać. W grę nie wchodzą ani kontrolowane spacerki, ani niekontrolowane wypuszczanie na padok.
Dlatego, że nie czując bólu, koń może beztrosko obciążać nogi, nie zdając sobie sprawy, na ile jego kości kopytowe straciły zawieszenie w puszce i jak bardzo zgniatają tworzywo podeszwy.
Kiedy nasz koń czuje się lepiej po lekach czyli mniej go boli, to jest to powód do ostrożnej radości. Często im gorszy stan, tym leki nie są w stanie ukryć bólu, więc jak nasz koń czuje się lepiej, to są to przesłanki do tego, że nie jest najgorzej. Jest to przesłanka z gatunku mało rzetelnych, więc stąd radość powinna być bardzo ostrożna.*
W tej radości ostatnie co powinniśmy robić, to puszczać konia na padok, bo już mu lepiej albo brać go na spacery, żeby się rozruszał.
Koń z ostrym ochwatem, na lekach przeciwzapalnych ma kategoryczny zakaz ruchu. Obojętnie jak świetnie się już nie czuje.
Koń z ostrym ochwatem, bez leków, również ma zakaz ruchu.
Może stać w boksie w stajni, może stać "w boksie" na dworze, ale im mniej będzie się przemieszczał, tym lepiej dla niego.
W dobie szybkości ciężko zatrzymać się nam - ludziom na czas regeneracji. Śpieszymy się, bo chcemy, żeby było już dobrze.
Chcemy szybciej przechorować przeziębienie, chcemy wziąć leki, wrócić do pracy i chorować w tle. Potem zdziwimy się, że niedoleczona infekcja przerodziła się w zapalenie płuc, a po nim ciężko nam wrócić do pełnej wydolności oddechowej - szybciej się męczymy, mijają miesiące, a cały czas czujemy, że płuca nie działają tak jak kiedyś.
Podobnie jest z ochwatem.
Niektóre konie przejdą ochwat gładko, coś było, ale minęło. Kopyto samo się zrerenerowało. Właścicielom takich koni może się wtedy wydawać, że ochwat to nic takiego - jak przeziębienie.
Niektóre konie zaczynają ochwat, jak my przeziębienie. Dostają leki, czują się lepiej i wracają do pracy - jak my przy niedoleczonych przeziebięniu. Jak coś jest nie tak, to wracamy do leków, żeby dalej normalnie funkcjonować.
I "nagle" okazuje się, że stan się pogorszył na tyle, że nie można go już ignorować - w kopytach większa rotacja, a u nas zapalenie płuc. No kto by się spodziewał ;)
Czyli koń w ochwacie ostrym bez leków i na lekach przeciwzapalnych - nie powinien się ruszać. A co jak już nie jest na lekach, kiedy już czuje się dobrze?
2 Po drugie - kiedy samopoczucie konia się poprawia.
Wiecie, ile słyszałam historii, które zaczynały się od: "weterynarz zdiagnozował ochwat, tylko 3 stopni rotacji, dostał saszetki na tydzień i mu przeszło"?
A kończyły się na: "więc wzięliśmy go do lekkiej pracy po 2 tygodniach, bo brykał na padoku i znowu wróciło. Rotacja 9 stopni. No już nie wiemy co robić."
Albo:
"Miał ochwat, dostał leki, kowal go podkuł i było od razu lepiej. Mieliśmy kontrolę, rotacja się nie pogłębiła, zaczęliśmy wracać do pracy po miesiącu i po pierwszej jeździe zaczął kuleć i znowu tętni."
Albo:
"Skoro klinicznie jest dobrze, to znaczy że może wracać do ruchu przecież. Jeździć i obserować." i "Skoro go nie boli, to jest dobrze, przeszło mu."
To jeden z najniebezpieczniejszych momentów w rehabilitacji ochwatu - kiedy koń zaczyna poruszać się komfortowo.
Bo wtedy właśnie leczenie zaczyna działać.
Mam tu na myśli leczenie przyczyny (lekami bądź lekami i dietą w zależności od przyczyny) i leczenie skutków (mechaniczna pomoc w odciążeniu zerwanego podwieszenia kości kopytowej).
Rozpoczyna się proces regeneracji aparatu zawieszającego kość kopytową (ang. SADP). Kość przestaje uciskać tworzywo podeszwy, gdzie znajdują się naczynia i nerwy, więc koń już bez leków przeciwzapalnych/przeciwbólowych porusza się komfortowo.
To jest ten moment, że myślimy, że już jest ok, już jest po wszystkim i teraz tylko z górki.
Klinicznie koń jest czysty.
Wszyscy się cieszą.
Presja powrotu do jakiekogolwiek ruchu (często dla ogólnego zdrowia konia) zaczyna mocniej naciskać na wszystkich zaangażowanych - bo przecież koń czuje się dobrze, to po co ma dalej stać w boksie?
Dlatego, że regenerujący się właśnie aparat zawieszający kość kopytową nie jest jeszcze w stanie wytrzymać obciążeń masy poruszającego się konia.
Wyobraźcie sobie, że:
- zerwaliście jedno z więzadeł kolanowych, regeneracja trwa, idzie ku lepszemu, już nie boli. Wracacie powoli do treningów, do pracy, ale trach! - jednak o ten jeden wysiłek za dużo, za mocno, za szybko - ponowne zerwanie.
- przecieliście się na ręce, rana się goi, idzie ku lepszemu, już nie boli, przestajecie zwracać uwagę na rękę. I trach - zblokowaliście gdzieś rękę, naciągnęliście skórę, rana pękła. Gojenie musi zacząć się od początku.
Podobnie jest z aparatem zawieszającym kość kopytową. Zbyt wczesne obciążenie go czy to ruchem czy działaniem dźwigni (nieprawidłowa korekta kopyt, przerośnięte kopyta) może skutkować:
- brakiem regeneracji (co może nieuchronnie prowadzić do konieczności eutanazji),
- wydłużoną regeneracją z chronicznymi konsekwencjami (jak remodeling kości kopytowej, utrata masy kostnej kości kopytowej, trwałe uszkodzenie unaczynienia kopyta)
- ponownym uszkodzeniem aparatu (zaostrzenie ochwatu).
Ktoś powie "ale krążenie krwi jest najważniejsze dla regeneracji, a jak koń chodzi, to kopyta są lepiej ukrwione."
Tak, ukrwienie jest istotne. Ale nie kosztem większego uszkodzenia aparatu zawieszającego kość kopytową. Jeśli każdy krok ma zrywać połączenie między kością, a puszką i oddalać nas od regeneracji, to ruch mija się z zamierzonym celem.
Właśnie z myślą o krążeniu krwi, poprawiamy mechanikę kopyta. Robimy to odpowiednią korektą kopyt, zastosowaniem terapeutycznych "podków", butów, wkładek, wypełnień.
Robimy to, by zwiększyć perfuzję (wypełnienie) naczyń, odciążyć zgniatane tworzywo podeszwy, ale bez wymagania od aparatu zawieszającego kość kopytową niemożliwego - czyli żeby jednocześnie regenerował się i pracował.
Ktoś powie "puszczałam mojego konia na padok i nie miał problemu, wyszliśmy z ochwatu."
Zdolności regeneracyjne organizmów są niesamowite. Kopyto przy epizodzie ochwatowym jedyne czego pragnie, to regeneracja. Ono chce się "zagoić".
I jest kilka głównych scenariuszy, które mogą się zadziać.
1 - Pomagamy kopytu się zregenerować, a ono pięknie odpowiada: odbudową naczyń, aparatu zawieszającego i nowym przyrostem.
2 - Szkodzimy kopytu, a jego stan się pogarsza. Rotacja, opuszczenie kości postępuje, naczynia pozostają zniszczone, krawędź kości kopytowej ulega lizie, kopyto nie przyrasta.
I 3-ci scenariusz - ten, który pozwala na niedomówienia, na różne leczenia, metody i sposoby.
Szkodzimy kopytu albo trochę szkodzimy, a trochę pomagamy, a ono i tak się regeneruje. Regeneruje się pomimo naszych działań. Nie jest to piękna regeneracja, zostawia więcej "blizn", ale zachodzi. Bo każda uszkodzona tkanka dąży do naprawy.
Więc tak - konie chodzą z ochwatem i jakoś się regenerują.
A mi i wielu innym nie zależy na "jakoś", czy "może się wyliże". Chcemy zapewnić jak najlepsze warunki do regeneracji. Chcemy dać kopytu jak największą szansę, żeby ta regeneracja się powiodła.
Bo wciąż istnieje 4-ty scenariusz, kiedy mimo naszych starań, uszkodzenie aparatu zawieszającego kość kopytową jest już tak duże, że nie jest w stanie się naprawić. A miałoby szansę, gdyby odpowiednio zareagować od razu.
Świat nie jest jednak nawet tak prosty... to nie jest tak, że zamykam każdego konia z ochwatem. Ostrym - tak, ale spotykam czasem konie już w trakcie regeneracji, których tworzywo, na przykład pomimo ruchu na padoku, poradziło sobie. W zależności od sytuacji i konia to już nie jest moment, w którym naciskam na absolutny areszt boksowy.
Wracając do przeziębienia... bardzo przewrotnie moje wypociny zostały poddane próbie terenowej. Pisałam to podczas powrotnego lotu z wyjazdu szkoleniowo-urlopowego. Mądruję się, że trzeba dać sobie czas na regenerację, a nie dziwić się powikłaniami... a życie mówi: sprawdzam! 3 dni gorączki, zajęte zatoki, oskrzela. Kiedyś pojechałabym do pracy, jak tylko przestałabym umierać, smarkając i kaszląc nad kopytami. Ale taki post zobowiązuje 😉 Wróciłam więc (testowo) do pracy dopiero po 1.5 tygodnia i okazało się, że to jeszcze za szybko. Tak - presja zaległości ciąży mi i sugeruje, żeby pracować najlepiej już teraz, bo przecież jest lepiej, to czemu czekać?
* Na tyle mało rzetelna jest to przesłanka, że zdarzają się konie z tak dużym uszkodzeniem aparatu zawieszającego kość kopytową, że prawdopodnie z powodu dużego uszkodzenia nerwów, nie czują bólu. Czują się świetnie, niestety do czasu (zwykle kilka tygodni). Stąd ocena stanu naczyń w kopycie na podstawie wenogramu kopyta jest złotym standardem diagnostycznym.
Zdjęcie dla uwagi z testowego dnia pracy 😉