20/08/2026
𝗧𝗲𝗻 𝘀𝘇𝗰𝘇𝗲𝗻𝗶𝗮𝗸 𝗽𝗶ę𝗸𝗻𝗶𝗲 𝘄𝘆𝗸𝗼𝗻𝘆𝘄𝗮ł 𝗸𝗼𝗺𝗲𝗻𝗱𝘆. 𝗣𝗿𝗼𝗯𝗹𝗲𝗺 𝗽𝗼𝗹𝗲𝗴𝗮ł 𝗻𝗮 𝘁𝘆𝗺, ż𝗲 𝘄ł𝗮ś𝗰𝗶𝘄𝗶𝗲 𝗻𝗶𝗲 𝗽𝗼𝘁𝗿𝗮𝗳𝗶ł 𝗻𝗼𝗿𝗺𝗮𝗹𝗻𝗶𝗲 𝗳𝘂𝗻𝗸𝗰𝗷𝗼𝗻𝗼𝘄𝗮ć.
Jakiś czas temu pojechałam na konsultację do młodego owczarka belgijskiego malinois i zaczęliśmy, jak zwykle, od spaceru, podczas którego bardzo szybko zobaczyłam psa potwornie pobudzonego, skaczącego, podgryzającego, łapiącego raz za spodnie, raz za smycz i właściwie przez cały czas skupionego na człowieku.
Nie węszył, nie eksplorował, nie interesował się zapachami ani otoczeniem, natomiast kiedy człowiek wydawał mu komendę, wykonywał ją naprawdę pięknie.
Warunki do spokojnego spacerowania miał przy tym wręcz wymarzone, ponieważ mieszkał na bardzo spokojnej wsi, a ich dom od lasu oddzielał tylko około 50-metrowy pas ogólnodostępnej łąki, po której można było spacerować i wzdłuż której biegł skraj lasu.
Naprawdę trudno byłoby wymyślić lepsze miejsce, żeby pies mógł węszyć, eksplorować, zatrzymywać się przy zapachach i zajmować się swoimi psimi sprawami, natomiast ten szczeniak właściwie tego nie robił.
Po spacerze wróciliśmy do domu i zaczęłam wypytywać opiekunów o pozostałe trudności, a wtedy powiedzieli mi, że pies właściwie cały czas chodzi za opiekunką, przemieszcza się razem z nią po domu, a kiedy ona idzie do toalety, siada pod drzwiami i czeka, aż wyjdzie.
Ponieważ nasilenie tych zachowań było naprawdę duże i nie wystarczało mi wyjaśnienie, że „to malinois” albo „to przecież szczeniak”, zaczęłam dokładnie rozkładać jego codzienność na części, pytając o sen, odpoczynek, spacery, aktywności, trening, jedzenie, pory karmienia i sposób, w jaki to jedzenie dostaje.
I tak doszliśmy do 𝘀𝗽𝗮𝗹𝗮𝗻𝗶𝗮 𝗺𝗶𝘀𝗸𝗶.
Ten szczeniak nie dostawał normalnych posiłków.
Opiekunka przeczytała na internetowych grupach dotyczących malinoisów, że z takim psem powinno się spalać miskę, więc cała jego dzienna porcja jedzenia znajdowała się u człowieka i przez cały dzień była wydawana po kawałeczku za wykonanie komendy, zadania czy określonego zachowania.
Mieliśmy więc psa, który przepięknie wykonywał komendy i właściwie cały czas pilnował człowieka, w domu chodził za opiekunką nawet pod drzwi toalety, natomiast na spacerze, mimo łąki i lasu pod nosem, nie potrafił po prostu zająć się światem.
Człowiek był przecież przez cały dzień dysponentem całej jego dziennej porcji jedzenia.
Pierwszym zaleceniem było przywrócenie temu szczeniakowi normalnych posiłków, po których może się najeść, osiągnąć sytość i przestać przez cały dzień zajmować się zdobywaniem kolejnych kawałków jedzenia.
W obronie spalania miski często słyszę:
„Przecież pies dostaje całą swoją dzienną porcję, więc nie jest głodny”.
Tylko że dla mnie temat nie kończy się na tym, czy wieczorem zgadza się liczba gramów, ponieważ czym innym jest zjedzenie posiłku, po którym pies może osiągnąć sytość, a czym innym rozłożenie tej samej ilości jedzenia na dziesiątki maleńkich porcji wydawanych przez wiele godzin.
Pies nie jest zwierzęciem, które fizjologicznie musi przez cały dzień skubać po kilka granulek. Jego żołądek pełni funkcję magazynową, a po zjedzeniu posiłku faza poposiłkowa trwa wiele godzin; w badaniach nad motoryką przewodu pokarmowego u psów obserwowano ją około 8–10 godzin, choć dokładny czas zależy między innymi od rodzaju i wielkości posiłku.
𝗡𝗶𝗲 𝘄𝗶𝗱𝘇ę 𝘄𝗶ę𝗰 𝗳𝗶𝘇𝗷𝗼𝗹𝗼𝗴𝗶𝗰𝘇𝗻𝗲𝗴𝗼 𝘂𝘇𝗮𝘀𝗮𝗱𝗻𝗶𝗲𝗻𝗶𝗮, ż𝗲𝗯𝘆 𝘇𝗱𝗿𝗼𝘄𝗲𝗺𝘂 𝗽𝘀𝘂 𝗼𝗱𝗯𝗶𝗲𝗿𝗮ć 𝗺𝗼ż𝗹𝗶𝘄𝗼ść 𝘇𝗷𝗲𝗱𝘇𝗲𝗻𝗶𝗮 𝗻𝗼𝗿𝗺𝗮𝗹𝗻𝗲𝗴𝗼 𝗽𝗼𝘀𝗶ł𝗸𝘂 𝗶 𝗼𝘀𝗶ą𝗴𝗻𝗶ę𝗰𝗶𝗮 𝘀𝘆𝘁𝗼ś𝗰𝗶 tylko po to, żeby przez cały dzień można było wydawać mu jego własne jedzenie po kawałeczku.
Kolejny argument brzmi:
„Dzięki temu pies jest bardziej zmotywowany do pracy”.
Pewnie, że jest.
Tylko jeżeli mam przed sobą psa, który już jest bardzo wysoko pobudzony, właściwie całą uwagę kieruje na człowieka i nie potrafi spokojnie zająć się otoczeniem, to po co miałabym jeszcze bardziej podkręcać jego motywację do działania?
𝗣𝗿𝗮𝘄𝗼 𝗬𝗲𝗿𝗸𝗲𝘀𝗮-𝗗𝗼𝗱𝘀𝗼𝗻𝗮 opisuje zależność pomiędzy poziomem pobudzenia a wykonaniem zadania. Wzrost pobudzenia tylko do pewnego poziomu może sprzyjać wykonaniu zadania, natomiast po przekroczeniu poziomu optymalnego wykonanie zadania zaczyna się pogarszać.
W przypadku psa, który już znajduje się na bardzo wysokim poziomie pobudzenia, dokładanie kolejnego silnego motywatora nie jest więc dla mnie drogą do tego, żeby pies lepiej sobie radził, szczególnie jeżeli zależy mi nie tylko na wykonaniu komendy, lecz również na tym, żeby potrafił samodzielnie eksplorować, odpoczywać, regulować emocje i podejmować własne decyzje.
Ten szczeniak jest zresztą świetnym przykładem.
𝗞𝗼𝗺𝗲𝗻𝗱𝘆 𝘄𝘆𝗸𝗼𝗻𝘆𝘄𝗮ł 𝗽𝗶ę𝗸𝗻𝗶𝗲.
Tylko że przecież nie o to chodzi, żeby pies świetnie wykonywał „siad”, „waruj” czy kolejne zadanie, a poza treningiem nie potrafił spokojnie przejść przez łąkę, powęszyć i zająć się własnymi sprawami.
Jeżeli danego dnia dużo trenujemy i pies dostanie sporo smaczków, możemy oczywiście trochę zmniejszyć jego normalną porcję jedzenia, żeby go zwyczajnie nie przekarmiać, natomiast dla mnie jest ogromna różnica pomiędzy takim rozwiązaniem a sytuacją, w której cała dzienna porcja pokarmu staje się walutą wypłacaną przez człowieka za wykonywanie zadań.
Pies może dostawać jedzenie podczas treningu, może być nim nagradzany, może również zdobywać je podczas różnych aktywności, natomiast nie oznacza to, że na każdy kawałek swojej dziennej porcji musi sobie zapracować.
Zostaje jeszcze argument, który chyba najbardziej mnie zadziwia:
„Spalanie miski buduje relację z człowiekiem”.
Tutaj zawsze przypomina mi się scena z Rancza, w której Czerepach ma alkohol, na którym wójtowi bardzo zależy, tylko zanim pozwoli mu się napić, każe mu wykonywać kolejne absurdalne rzeczy, między innymi stanąć na jednej nodze czy złapać się za ucho.
Wójt wykonuje te polecenia, chociaż cała sytuacja jest dla niego wyraźnie frustrująca, ponieważ zależy mu na tym, czym dysponuje Czerepach.
Czy to znaczy, że Czerepach właśnie buduje z nim fantastyczną relację?
Nie!
Jeżeli już jakąś relację w ten sposób tworzymy, to jest to relacja oparta na zależności, ponieważ jedna strona kontroluje dostęp do zasobu, na którym drugiej bardzo zależy, a druga wykonuje to, czego się od niej oczekuje, żeby ten zasób otrzymać.
𝗗𝗹𝗮 𝗺𝗻𝗶𝗲 𝗿𝗲𝗹𝗮𝗰𝗷𝗮 𝘇 𝗽𝘀𝗲𝗺 𝗽𝗼𝘄𝗶𝗻𝗻𝗮 𝗯𝘆ć 𝗽𝗿𝘇𝗲𝗱𝗲 𝘄𝘀𝘇𝘆𝘀𝘁𝗸𝗶𝗺 𝗿𝗲𝗹𝗮𝗰𝗷ą 𝗼𝗽𝗮𝗿𝘁ą 𝗻𝗮 𝘇𝗮𝘂𝗳𝗮𝗻𝗶𝘂, 𝗮 𝗻𝗶𝗲 𝗻𝗮 𝘇𝗮𝗹𝗲ż𝗻𝗼ś𝗰𝗶 𝗼𝗱 𝘇𝗮𝘀𝗼𝗯𝘂, 𝗸𝘁ó𝗿𝘆𝗺 𝗱𝘆𝘀𝗽𝗼𝗻𝘂𝗷𝗲 𝗰𝘇ł𝗼𝘄𝗶𝗲𝗸.
Pies chodzący przez cały dzień za człowiekiem, patrzący mu w oczy i przepięknie wykonujący kolejne polecenia, podczas gdy właśnie ten człowiek dysponuje całą jego dzienną porcją jedzenia, nie jest dla mnie dowodem na fantastyczną więź.
𝗭𝗮𝗹𝗲ż𝗻𝗼ść 𝗼𝗱 𝗰𝘇ł𝗼𝘄𝗶𝗲𝗸𝗮 𝗻𝗶𝗲 𝗷𝗲𝘀𝘁 𝘁𝘆𝗺 𝘀𝗮𝗺𝘆𝗺 𝗰𝗼 𝘇𝗮𝘂𝗳𝗮𝗻𝗶𝗲 𝗱𝗼 𝗰𝘇ł𝗼𝘄𝗶𝗲𝗸𝗮.
Znacznie więcej o naszej relacji mówi mi pies, który jest najedzony, niczego ode mnie w danym momencie nie potrzebuje, może odejść, powęszyć, eksplorować i zająć się swoimi sprawami, a mimo tego chce do mnie wracać, szuka mojego towarzystwa i zwraca się do mnie, kiedy potrzebuje wsparcia.
Historia tego szczeniaka pokazuje też, dlaczego podczas konsultacji nie interesuje mnie wyłącznie odpowiedź na pytanie: „jak oduczyć psa skakania?”, „jak sprawić, żeby przestał podgryzać?” albo „jak nauczyć go spokojnie chodzić na smyczy?”.
Mnie interesuje, dlaczego ten konkretny pies tak się zachowuje, dlatego pytam o jego cały dzień, sen, odpoczynek, spacery, aktywność, trening, jedzenie i sposób karmienia, zamiast dokładać kolejną komendę do psa, który akurat komendy wykonywał świetnie.
Problemem tego szczeniaka nie był brak posłuszeństwa. Komendy wykonywał pięknie. Problem polegał na tym, że nie potrafił po prostu normalnie funkcjonować.
Do zobaczenia na Psim Szlaku Psiemian
Anna Smereczyńska