Koc-Pol Cat - Ragdoll cattery

Zadzwoń Wskazówki dojazdu Strona internetowa Kontakt: firmę

Koc-Pol Cat - Ragdoll cattery Zapraszamy na stronę internetową:
www.ragdoll.pl
Staram się, aby wszystkie informacje były na bieżąco aktualizowane.

Boutique Ragdoll Cattery – KOCIOGRÓD
23 lata doświadczenia • 11 pokoleń linii KOC-POL CAT
Hodowla oparta na pełnych panelach MyCatDNA™
Zaawansowane profilowanie genetyczne + certyfikaty rodzicielstwa dla każdej linii
Rejestracja: FIFe / FPL–klub NoProblem Szczególnie gorąco zapraszam na FAQ - czyli odpowiedzi na najcześciej zadawane pytania:
https://www.ragdoll.pl/faq-lista-najczesciej-zadawanych-nam-pytan-wraz-z-odpowiedziami

A na koniec został jeszcze jeden maluch....Taki, przy którym człowiek już nie zastanawia się nad światłem, ustawieniem, ...
01/10/2026

A na koniec został jeszcze jeden maluch....
Taki, przy którym człowiek już nie zastanawia się nad światłem, ustawieniem, tłem ani tym, czy kadr jest idealny, tylko patrzy na ten pyszczek i ma jedną bardzo konkretną myśl: w ten nosek chce się po prostu całować. A właściwie dokładnie w tę przesłodką plamkę, która wygląda tak, jakby rano, zupełnie mimochodem, zajrzał do mojej filiżanki kawy, pochylił się odrobinkę za nisko i wyszedł z niej z małym śladem po całym tym śledztwie. Taki koci dowód rzeczowy. Proszę bardzo, był przy kawie. Podejrzany nie przyznaje się do winy, ale materiał fotograficzny mówi sam za siebie.
I oczywiście ta plamka robi połowę roboty. Bo można mieć piękne niebieskie oczy, można mieć mięciutkie futro, można mieć idealnie słodki wyraz pyszczka, ale jeśli do tego dochodzi jeszcze taki maleńki znak szczególny, człowiek jest właściwie bezbronny. Patrzę na niego i mam wrażenie, że natura usiadła na chwilę z cienkim pędzelkiem i pomyślała: dobrze, jest śliczny, ale zróbmy mu jeszcze coś, żeby ludzie już całkiem stracili rozsądek. I pac. Jedna mała plamka przy nosku. Tyle wystarczyło.
Po dzisiejszych sesjach jestem zresztą coraz bardziej przekonana, że koty doskonale wiedzą, co robią. Jeden doprowadzi człowieka do stanu, w którym rozważa porzucenie fotografii i rozpoczęcie spokojnej kariery przy układaniu puzzli, drugi w pięć minut przywróci mu wiarę w siebie, a trzeci po prostu usiądzie, spojrzy tymi wielkimi oczami i człowiek natychmiast zapomina, że jeszcze chwilę temu bolały go kolana, plecy i resztki godności fotografa.

Ten maluch nie potrzebuje nawet żadnych specjalnych zabiegów. Ma w sobie coś tak naturalnie słodkiego, że każde spojrzenie wygląda jak gotowe zdjęcie. Trochę zdziwienia, trochę niewinności, odrobina powagi i ten nosek. Ten nieszczęsny nosek, przez który mam ochotę przerwać całą sesję, odłożyć aparat i sprawdzić osobiście, czy ta plamka rzeczywiście jest aż tak całowalna, jak wygląda.
I wtedy oczywiście przypominam sobie, że miałam być profesjonalna. Fotograf. Światło. Kadr. Ostrość. Kompozycja.
Tak, tak. Wszystko bardzo poważne.
Tyle że profesjonalizm ma swoje granice, szczególnie kiedy siedzi przed tobą mała futrzasta kulka z oczami koloru nieba i noskiem wyglądającym tak, jakby przed chwilą zanurzyła go w mojej porannej kawie. Więc zrobiłam zdjęcia. Dużo zdjęć. A potem jeszcze kilka.
I jeszcze jedno, bo przecież na tym poprzednim tak pięknie spojrzał.
I jeszcze jedno, bo teraz przechylił główkę. I następne, bo plamka na nosku była dokładnie tak samo słodka jak trzy sekundy wcześniej.
W pewnym momencie człowiek musi sobie jednak uczciwie powiedzieć, że już dawno nie fotografuje kota.
Po prostu się nim zachwyca.
I chyba tak właśnie zakończyła się moja dzisiejsza fotograficzna epopeja. Jedna modelka urządziła mi survival, drugi model uratował mój honor, a ten ostatni po prostu spojrzał na mnie swoim kawowym noskiem i sprawił, że cały mój profesjonalizm rozpłynął się gdzieś pomiędzy jednym „pstryk” a drugim.
No i jak tu ich nie całować?

Po dzisiejszych fotograficznych przejściach z Belperron byłam już właściwie gotowa uznać, że aparat ma do mnie osobisty ...
01/10/2026

Po dzisiejszych fotograficznych przejściach z Belperron byłam już właściwie gotowa uznać, że aparat ma do mnie osobisty żal, światło działa wybiórczo, koty zawarły jakiś tajny układ, a ja sama powinnam rozważyć spokojniejsze hobby. Haft. Ceramikę. Może uprawę pelargonii. Cokolwiek, przy czym model nie ucieka z planu, nie siada tyłem, nie oblizuje nosa dokładnie w chwili naciśnięcia migawki i nie traktuje całej sesji jako prywatnego parku rozrywki.
I wtedy pojawił się Bonito.
Bonito, proszę Państwa, uratował dziś mój honor fotografa. I zrobił to bez specjalnego wysiłku, bez negocjacji, bez biegania po pokoju, bez rzucania się na podłogę, bez przekupywania zabawką i bez tej rozpaczliwej wiary, że może następne zdjęcie jednak będzie dobre. On po prostu położył się przede mną, spojrzał w obiektyw tymi swoimi wielkimi, niebieskimi oczami, lekko przechylił głowę i najwyraźniej uznał, że skoro już tu jesteśmy, to wypadałoby zrobić to porządnie. Pstryk. Pięknie. Jeszcze jedno. Pstryk. Jeszcze piękniej. Bonito przełożył łapkę. Ja zrobiłam kolejne zdjęcia. Spojrzał odrobinę w bok. Pstryk. Podniósł głowę. Pstryk. Popatrzył prosto w obiektyw. Pstryk.
I zaczęłam podejrzewać, że ktoś go wcześniej przeszkolił, tylko zapomniał mnie o tym poinformować.
Cała sesja trwała może pięć minut. Pięć.
Po Belperron, która w kilka godzin zrobiła ze mnie człowieka zmęczonego, brudnego, lekko załamanego i bardzo bliskiego rozmowy z aparatem na temat wzajemnego szacunku, Bonito położył się, zapozował i właściwie sam załatwił sprawę. Gdybym nie była przy tym osobiście, uznałabym tę historię za mało wiarygodną.
Ale taki właśnie jest Bonito.
Przepiękny, misiowaty, mięciutki, z tym cudownym wyrazem pyszczka, który sprawia, że człowiek natychmiast ma ochotę włożyć ręce w to futro i sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak miękkie, jak wygląda. Jest w nim coś niezwykle łagodnego. Nie należy do tych kociaków, które pierwsze biegną sprawdzić, co wydarzyło się za drzwiami. Zmiany nie przyjmuje ze stoickim spokojem. O nie. Bonito zmianę komentuje. Głośno.
Bardzo głośno.
Jeżeli coś jest nowe, nieznane albo zwyczajnie niezgodne z jego aktualnym planem dnia, Bonito uważa, że świat powinien zostać o tym natychmiast poinformowany. I informuje.
Lamentuje. Opowiada. Składa zażalenie. Przedstawia swoje stanowisko.
Człowiek słucha tego wszystkiego i przez chwilę ma wrażenie, że właśnie wydarzyło się coś naprawdę poważnego.
A potem wystarczy go wziąć na ręce. Przytulić. Pogłaskać. Powiedzieć kilka słów. I już. Cisza. Mruczenie.
Cała tragedia zostaje odwołana. Świat znowu jest bezpieczny.
Katastrofa zażegnana. Jakby ten cały wcześniejszy protest dotyczył wyłącznie jednego problemu. Ktoś zapomniał mnie przytulić.
I właśnie to jest w nim takie cudowne. Z jednej strony ten wielki, misiowaty chłopak, który na zdjęciach wygląda jak pewny siebie model z katalogu najpiękniejszych ragdolli świata. Z drugiej, w środku mieszka sobie trochę nieśmiały maluch, który jeszcze nie do końca wie, czy każda zmiana jest dobrym pomysłem, ale jeżeli człowiek jest blisko, wszystko natychmiast staje się łatwiejsze.
Może dlatego podczas sesji tak mnie dziś rozczulił. Bo nie musiałam go przekonywać, poprawiać, łapać ani namawiać. Po prostu był. Spokojny, piękny, ufny. Pozwolił mi patrzeć na siebie przez obiektyw tak długo, jak potrzebowałam. Jakby mówił: dobrze, skoro to dla ciebie ważne, to rób.
I robiłam. Zdjęcie za zdjęciem. Udane za udanym.
Po pięciu minutach spojrzałam na aparat i prawie chciałam go pogłaskać.
No dobrze. Jednak jeszcze potrafię. Fotografia mnie nie opuściła. Honor uratowany. Dziękuję, Bonito.
A potem oczywiście go przytuliłam.
Bo on może i uratował dziś mój honor fotografa, ale ja doskonale wiem, kto w tej relacji domaga się zapłaty w postaci miziania. Wyświetl mniej

No i proszę. Oto dowód rzeczowy w sprawie pod tytułem: „dlaczego cztery godziny sesji fotograficznej z Belperron nie dał...
01/10/2026

No i proszę. Oto dowód rzeczowy w sprawie pod tytułem: „dlaczego cztery godziny sesji fotograficznej z Belperron nie dały człowiekowi ani chwili poczucia kontroli nad własnym życiem”.

Tak właśnie wygląda modelka, która absolutnie nie zamierza współpracować, ale za to bardzo chętnie będzie miała własną wizję artystyczną. Człowiek ustawia światło, sprawdza tło, poprawia kadr, woła pomocnika, wybiera wędkę, ocenia kierunek padania światła, ustawia ostrość i przez moment naprawdę wierzy, że zaraz wydarzy się fotografia. Taka piękna. Taka katalogowa. Taka, przy której człowiek pomyśli: no, było warto leżeć na podłodze, chodzić na kolanach, tarzać się w trawie i przez pół dnia negocjować z kotem.
A Belperron patrzy na to wszystko i najwyraźniej dochodzi do wniosku, że skoro tyle osób zgromadziło się w jednym miejscu, to szkoda byłoby zmarnować tak znakomitą publiczność.
Najpierw więc wędka ląduje na głowie.
I tu jeszcze można sobie wmówić, że może powstanie coś oryginalnego. Że może to taki artystyczny kadr. Taki trochę przewrotny. Koci performance. Modelka z pióropuszem. Prawie haute couture, tylko zamiast Paryża mamy stół w domu, a zamiast projektanta mody człowieka, który już od dawna nie pamięta, po co właściwie rozpoczął tę sesję.
Belperron siedzi z zamkniętymi oczami, piórka leżą jej na czole, a jej mina mówi wszystko. Naprawdę wszystko.
„Czy wy nie macie niczego lepszego do roboty?”
I w sumie trudno się z nią nie zgodzić.
Potem przychodzi ten jeden cudowny moment, kiedy kot podnosi głowę, patrzy prosto przed siebie, światło jest piękne, oczy cudownie niebieskie, futerko idealne, wszystko się zgadza. Człowiek już czuje ten przypływ nadziei. Oto jest. Wreszcie. To będzie TO zdjęcie.
I wtedy Belperron otwiera paszczę, wyciąga język i prezentuje światu minę taką, że cała moja koncepcja eleganckiego portretu właśnie wychodzi tylnymi drzwiami.
A co jest najgorsze? Że ja te zdjęcia uwielbiam.
Bo przecież klasyczny portret mogłabym mieć - jak wcześniej pokazałam, nawet mam. Piękna główka, niebieskie oczy, miękkie futerko, wszystko na swoim miejscu. Bardzo ładnie. Bardzo poprawnie. Bardzo profesjonalnie.
Tylko że Belperron poprawna nie jest. Belperron jest zjawiskiem.
To jest kot, który każdą próbę stworzenia pięknego, spokojnego portretu zamienia w komedię sytuacyjną. Kot, któremu człowiek planuje elegancką sesję, a po chwili ma w aparacie język, zezowanie na piórka, minę obrażonej księżniczki, spojrzenie pod tytułem „kończcie już tę farsę” i całą kolekcję zdjęć, których absolutnie nie planował. I właśnie dlatego, kiedy teraz siedzę przy komputerze i przeglądam te wszystkie „nieudane” kadry, śmieję się coraz bardziej. Bo przecież to jest ona. Nie ta ustawiona. Nie ta grzecznie patrząca w obiektyw. Nie ta idealna.
Tylko Belperron prawdziwa. Rozbawiona, bezczelna, rozmruczana, ciekawska i kompletnie przekonana, że sesja fotograficzna została zorganizowana wyłącznie po to, żeby zapewnić jej jeszcze jeden rodzaj rozrywki.
I wtedy pojawia się we mnie bardzo niebezpieczna myśl.
Może ja wcale nie potrzebowałam tych pięknych zdjęć. Może potrzebowałam właśnie takich. Bo piękne zdjęcie pokazuje, jak kot wygląda. A takie pokazuje, kim jest.
I niestety muszę przyznać, że pod tym względem Belperron pozowała dziś perfekcyjnie. 😄

Belperron - najbardziej rozpieszczona z rozpieszczonych. Dzisiejszy dzień zaczął się podejrzanie dobrze. Niebo bez jedne...
01/10/2026

Belperron - najbardziej rozpieszczona z rozpieszczonych.

Dzisiejszy dzień zaczął się podejrzanie dobrze. Niebo bez jednej chmurki, cieplutko, światło piękne, takie miękkie i złote, a do tego spacer z psami zaskakująco spokojny, bez żadnych dramatycznych wydarzeń, co przy zestawie w postaci Baloo i Ali samo w sobie powinno było wzbudzić moją czujność. Gdy człowiek wychodzi z dwoma psami i wraca bez historii nadającej się na osobny felieton, powinien już wiedzieć, że wszechświat coś kombinuje.
Ja jednak, zamiast zachować ostrożność, uznałam, że oto dostałam od losu idealny dzień na zdjęcia. I to nie takie zwykłe, w bezpiecznych, znanych miejscach, tylko prawdziwe jesienne fotografie w ogrodzie. No bo przecież wszystko było perfekcyjne. Trawnik pięknie skoszony, krzewy zaczynały już łapać te cudowne jesienne kolory, gdzieniegdzie złoto, gdzieniegdzie bordo, między gałęziami przelewało się słońce i człowiek patrzył na ten ogród z przekonaniem, że właściwie niczego więcej do szczęścia mu nie potrzeba. Tylko kota.
A ponieważ miałam tych kotów do sfotografowania kilka, przygotowałam sobie całkiem pokaźną listę. Dzień był przecież długi. Pogoda piękna. Światło wspaniałe. Czasu mnóstwo.
To ostatnie zdanie szczególnie mnie dziś bawi.

Jako pierwsza na plan weszła Belperron. A właściwie nie weszła.
Belperron na plan wpadła.
Najbardziej słodka ze słodkich, najpiękniejsza z przepięknych, rozmruczana, urocza, absolutnie czarująca i, jak się dziś okazało, również najbardziej rozpieszczona ze wszystkich rozpieszczonych istot, jakie chodziły po moim domu.
Wyobraźcie sobie ten obraz. Zielony trawnik, po bokach jesienne krzewy, słońce sączące się przez drzewa, wszystko wygląda jak scenografia przygotowana przez ekipę filmową z dużym budżetem. A pośrodku tego wszystkiego ja, aparat, pomocnik i ONA.
Gwiazda.
Chociaż po pierwszych trzydziestu sekundach zrozumiałam, że określenie „gwiazda” nie jest do końca trafne. Bardziej kometa.
Kometa, która z prędkością trudną do uchwycenia ludzkim okiem przelatuje przez trawnik, skręca bez ostrzeżenia, robi zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, znika za krzakiem, po czym wyskakuje z zupełnie innego miejsca, jakby opanowała sztukę teleportacji.
W pewnym momencie wskoczyła mi na głowę. Tak po prostu.
Najwyraźniej uznała, że skoro ja mam aparat, to ona zajmie stanowisko kierownicze.
Pomyślałam wtedy z dużym spokojem, że przecież kociak musi się trochę wybiegać. Musi odreagować emocje. Musi poznać teren. Za chwilę zwolni. Usiądzie. Może nawet stanie w tym jednym idealnym miejscu, gdzie światło ładnie podkreśla oczy, futerko układa się perfekcyjnie, a tło robi całą robotę.
To była bardzo piękna myśl.
Po dwóch godzinach wciąż nie wiedzieliśmy, czy Belperron w ogóle posiada funkcję zatrzymywania się.
My natomiast stopniowo przestawaliśmy przypominać ludzi.
Kolana zielone od trawy. Łokcie brudne od ziemi. Liście przyklejone do ubrań. Włosy w stanie, którego nie przewidują katalogi fryzjerskie. W pewnym momencie spojrzałam na siebie i pomyślałam, że gdyby ktoś teraz zrobił mi zdjęcie, można by je zatytułować „Kobieta po przejściach i kot, który nie ma żadnych”.
Belperron była bowiem szczęśliwa.
My coraz mniej.
Kot biegał, skakał, mruczał, ocierał się, znikał, pojawiał się, atakował liście, atakował nasze ręce, najwyraźniej atakował również ideę fotografii jako takiej.
A zdjęcia? Nie ma.
Filmiku? Nie ma.
Jednego przyzwoitego ujęcia? Też nie.

Po dwóch godzinach skapitulowaliśmy.
Z głębokim westchnieniem zebrałam sprzęt i przeniosłam operację do domu. Uznałam, że skoro przestrzeń otwarta okazała się dla nas zbyt dużym wyzwaniem, trzeba zawęzić pole walki. Pokój. Cztery ściany. Stolik. Sztuczne światło. Kontrolowane warunki.
Co może pójść nie tak?
Nie odpowiadajcie.
Po kolejnej godzinie wiedziałam już, że wszystko.
Bo Belperron nie potrzebowała ogrodu, żeby biegać. Belperron miała filozofię życiową. A jej filozofia brzmiała mniej więcej tak: jeśli gdzieś można usiąść na sekundę, to właśnie wtedy należy pobiec gdzie indziej.
Ustawiam ją na stoliku. Schodzi.
Stawiam ją z powrotem. Siada.
Podnoszę aparat. Odwraca się tyłem.
Poprawiam. Patrzy pięknie.
Naciskam spust.Ziewa.
Próbuję ponownie.Oblizuje nos.
Jeszcze raz. Oczy zamknięte.
Jeszcze raz. Właśnie uznała, że najwyższy czas wejść do obiektywu.
Miki po pewnym czasie zaczął już patrzeć na mnie tak, jak patrzy się na człowieka, którego trzeba powoli przekonać do porzucenia złego pomysłu. Mówił, że to bez sensu. Że są inne koty. Że mamy całą listę. Że światło się zmienia. Że jutro też jest dzień. Że naprawdę nie musimy wygrać tej wojny.
Ja oczywiście wiedziałam, że ma rację. I dlatego z pełnym przekonaniem odpowiedziałam, że absolutnie nie zrezygnuję. Bo przecież taka pogoda nie zdarza się często. Takie światło nie zdarza się często. Takie warunki są idealne. Taki dzień trzeba wykorzystać.
Gdy człowiek zaczyna używać słowa „trzeba” w odniesieniu do sesji fotograficznej z kotem, powinien sam sobie zabrać aparat.

Godzinę później siedziałam na podłodze. Po prostu siedziałam.
Nie fotografowałam. Nie mówiłam. Oddychałam. Książkowo.
Wdech. Długi wydech. Wdech. Jeszcze dłuższy wydech.
Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy medytacja rzeczywiście działa, ale potem Belperron przeleciała obok mnie z prędkością pocisku i uznałam, że test metod relaksacyjnych przeprowadzimy kiedy indziej.

I właśnie wtedy dotarła do mnie pewna bardzo ważna prawda wychowawcza. Jeżeli od maleńkości pozwalasz kociakowi absolutnie na wszystko, jeżeli nosisz go na rękach, całujesz, miziasz, śmiejesz się z każdego wybryku, zachwycasz się każdym spojrzeniem, każdy skok uznajesz za dowód wyjątkowej osobowości, a każdą próbę demolowania rzeczywistości kwitujesz słowami „jaka ona słodka”, to potem nie należy się dziwić.
Potem masz Belperron. I nie masz zdjęć.

O tym, że to kociak wyjątkowy, zaświadczy zresztą każda rodzina, która ostatnio nas odwiedzała. Belperron nie da się nie zauważyć. Nie ma takiej możliwości. Ona nie wchodzi do pomieszczenia. Ona przejmuje pomieszczenie. Nie ma opcji, żeby ktoś przeszedł obok niej obojętnie, bo zanim zdąży przejść, ona już na nim siedzi, mruczy, zagląda w oczy, pakuje się na kolana albo właśnie robi coś tak absurdalnie uroczego, że człowiek traci zdolność logicznego myślenia. Jest śliczna. Jest słodka. Jest wszędobylska. Jest rozbawiona. Jest rozmruczana.
I ma ten rodzaj uroku, przy którym nawet najbardziej rozsądni ludzie zaczynają mówić do kota głosem, którego normalnie nigdy by u siebie nie zaakceptowali.
Ostatecznie zdjęcia mam. Takie prawdziwe, klasyczne, porządne portrety może dwa. Może cztery, jeżeli będę bardzo wyrozumiała.
Za to mam setki innych. Belperron z językiem na wierzchu.
Belperron z jednym okiem zamkniętym. Belperron w półskoku. Belperron z miną człowieka, który właśnie zrozumiał dowcip, ale jeszcze nie wie, czy wypada się śmiać. Belperron z uszami w bok.
Belperron zainteresowaną czymś, czego nikt poza nią nie widzi. Belperron wyglądającą jakby chciała zapytać, czy naprawdę nie mamy w życiu nic ciekawszego do roboty.
I kiedy już usiadłam przy komputerze, otworzyłam te wszystkie zdjęcia i zaczęłam je przeglądać, nagle złapałam się na tym, że śmieję się sama do siebie.
Bo te „nieudane” są właściwie najlepsze. To właśnie na nich jest cała ona. Ta jej mina. Ten charakter. Ta energia. Ta bezczelna radość życia.
To całe „mam was wszystkich gdzieś, bawmy się”.
I wtedy pojawiło się jedyne sensowne pytanie po całym dniu.
Po co ja się tak uparłam na te idealne zdjęcia? No po co?
Przecież idealny portret może mieć wiele kotów.
Ale tylko Belperron potrafi doprowadzić trzy dorosłe osoby do kompletnego fizycznego i psychicznego wyczerpania, sprawić, że wszyscy kończą ubrudzeni ziemią, z trawą na kolanach i aparatem pełnym bezużytecznych kadrów, a następnie spojrzeć na nich słodkimi oczami tak, że wszyscy zgodnie stwierdzają:
„Boże, jaka ona jest cudowna”.
I chyba właśnie dlatego znów jutro wezmę aparat. 😄

ale na ten moment pochwale się tym normalnym, klasycznym, a potem...tymi innymi :)

a i dodam, że Belperron zostaje u mnie.

28/09/2026

Dzień dobry przy porannej kawce z kłaczkiem ☕️

...bo wieczór okazuje się za krótki.Kiedyś długie jesienne wieczory miały w sobie coś przygnębiającego. Słońce znikało z...
26/09/2026

...bo wieczór okazuje się za krótki.

Kiedyś długie jesienne wieczory miały w sobie coś przygnębiającego. Słońce znikało za szybko, ogród gasł, dzień robił się nagle jakiś podejrzanie krótki, a ja miałam wrażenie, że ktoś bez pytania skraca mi życie o kilka godzin. Jesień przychodziła z tym swoim chłodem, wilgocią, opadającymi liśćmi i komunikatem, że proszę bardzo, sezon właśnie się kończy. A ja końców nie lubię. Nigdy nie lubiłam. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi początek, rozwój, ruch, rozkwit i ten lekki chaos, kiedy wszystko naraz dzieje się za szybko, ale przynajmniej dzieje się intensywnie.

Teraz jest inaczej.

Teraz, kiedy dzień zaczyna się zwijać już po południu, nie czuję żalu. Wręcz przeciwnie. Coraz częściej łapię się na tym, że patrzę przez okno na ciemniejący ogród z pewnego rodzaju satysfakcją. Jakby ktoś właśnie oficjalnie ogłaszał: dobrze, Monika, koniec biegania, wracaj do środka, bo są rzeczy, których od miesięcy nie zdążyłaś zrobić.

I rzeczywiście są.

Latem ogród wciąga mnie bez reszty. Nie wiem, jak to działa, ale wystarczy, że wyjdę tylko „na chwilę”, żeby sprawdzić jedną rabatę, a po dwóch godzinach stoję gdzieś z sekatorem, przesadzam coś, czego wcale nie planowałam ruszać, poprawiam, podlewam, przycinam, podwiązuję, oglądam, kombinuję i oczywiście dochodzę do wniosku, że jeszcze tylko pięć minut. Te pięć minut ma w moim ogrodzie mniej więcej taką samą wartość jak „zaraz” u dziecka. Może oznaczać wszystko.

Ogród jest pod tym względem bezwstydnym złodziejem czasu, tylko że jednym z tych złodziei, których człowiek właściwie lubi. Wciąga mnie jak dobra książka, jak serial, od którego miało się obejrzeć jeden odcinek, a potem nagle jest trzecia nad ranem i człowiek siedzi z herbatą, udając przed samym sobą, że sytuacja jest pod kontrolą. W sezonie nie ma więc mowy o spokojnym siedzeniu przy komputerze, bo komputer przegrywa z kwiatami, krzewami, ziemią, słońcem i wszystkim tym, co woła z ogrodu: chodź tylko na chwilę.

Jesień natomiast jest bardziej stanowcza. Ogród sam zamyka mi drzwi przed nosem. Słońce zachodzi coraz wcześniej, robi się chłodno, ciemno i w pewnym momencie nawet ja muszę uznać, że bieganie z konewką po zmroku nie jest już przejawem pasji, tylko pewnego rodzaju uporu graniczącego z absurdem.

Wracam więc do domu. I wtedy zaczyna się mój drugi sezon.

Siadam do komputera, robię sobie coś ciepłego do picia, obok oczywiście pojawiają się koty, bo te niezwykłe stworzenia uważają, że skoro człowiek siedzi nieruchomo, to najwyraźniej robi to specjalnie dla niech, i zaczynam pisać.

A piszę teraz dużo.Naprawdę dużo.
Najwięcej oczywiście o kotach, bo trudno byłoby po tylu latach nie pisać o czymś, co właściwie przeniknęło całe moje życie. Ale im dłużej piszę, tym częściej zadaję sobie pytanie, czy kot naprawdę jest głównym bohaterem tych wszystkich historii.

Chyba nie. Kot jest raczej punktem wyjścia. Jest przewodnikiem.
Jest tym, który siedzi obok człowieka i przez swoją obecność zmusza nas do zastanowienia się nad nami samymi. Bo przecież ten koci świat, który dziś znamy, nie istnieje w oderwaniu od człowieka. To my go tworzymy. My wybieramy, rozmnażamy, wychowujemy, interpretujemy zachowania, uczymy się potrzeb, popełniamy błędy i potem próbujemy być mądrzejsi. To my mamy obowiązek coraz lepiej rozumieć zwierzę, które zaprosiliśmy do naszego domu i do naszego życia.

I może właśnie dlatego im więcej piszę o kotach, tym więcej wychodzi mi pisania o ludziach. O naszej odpowiedzialności. O naszych emocjach. O potrzebie bliskości. O tym, jak bardzo chcemy być kochani, choć czasem dużo łatwiej przyznać nam się do miłości do kota niż do tego, że zwyczajnie tęsknimy za czułością.

Piszę o hodowli, ale tak naprawdę często piszę o wyborach. Piszę o kociętach, ale piszę też o odchodzeniu. Piszę o charakterach kotów, a nagle okazuje się, że opowiadam o ludzkich charakterach.
Piszę o zaufaniu zwierzęcia i sama dochodzę do wniosku, jak bardzo kruche bywa zaufanie między ludźmi.

I tak oto człowiek siada wieczorem z zamiarem napisania dwóch stron o ragdollu, a po trzech godzinach orientuje się, że właśnie rozpisał się o życiu.

Piszę też dla tych dużych i dla tych małych. To chyba najbardziej mnie bawi.
Bo okazuje się, że wejście w świat opowieści dla dzieci wcale nie jest łatwiejsze. Wręcz przeciwnie. Dziecka nie można oszukać słowami. Ono natychmiast czuje, kiedy historia jest nudna, sztuczna albo napisana przez dorosłego, który bardzo chce być mądry. I dlatego pisanie dla dzieci wymaga czasem większej dyscypliny niż pisanie dla dorosłych.

Trzeba zostawić miejsce na wyobraźnię. Trzeba czasem nie dopowiedzieć. Trzeba uwierzyć, że kot może coś pomyśleć, ogród może mieć sekret, a noc może być miejscem, w którym wydarza się coś więcej niż tylko ciemność.

I przyznam uczciwie, że to wszystko wciąga mnie potwornie. Tak zwyczajnie, po dziecięcemu daje mi frajdę.
Mam ten rodzaj przyjemności, który pamiętam z czasów, kiedy człowiek odkrywał coś nowego i nagle chciał robić tylko to. Pomysły przychodzą jeden za drugim, jedna historia otwiera drzwi do kolejnej, a każda kolejna sprawia, że zaczynam patrzeć na zegarek z rosnącą niechęcią.

Bo wieczór okazuje się za krótki. Jeszcze chwilę temu narzekałam, że jesienią dzień kończy się zbyt wcześnie, a teraz mam pretensję do nocy, że nadchodzi zbyt szybko.

To jest dopiero niewdzięczność :)

Najpierw człowiek chce ciemności, żeby mieć wreszcie święty spokój i czas na pisanie, a potem siedzi przy komputerze o godzinie, o której rozsądni ludzie już dawno śpią, i próbuje negocjować z czasem. Jeszcze jeden akapit. Jeszcze jedna strona.
Jeszcze tylko zapiszę ten pomysł, bo przecież do rana zapomnę. A potem drugi. I trzeci. I nagle orientuję się, że właśnie zaczęłam wykradać godziny nocy.

Ale chyba właśnie dlatego te jesienne wieczory tak bardzo zaczęłam lubić. Są moje. Mają inny rytm niż lato. Nie poganiają. Nie kuszą słońcem. Nie każą wychodzić. Pozwalają mi usiąść, pomyśleć, zebrać to wszystko, co przez miesiące gdzieś we mnie rosło i dojrzewało, i wreszcie ubrać w słowa.

Może jesień wcale nie jest porą końca. Może tylko zmienia rodzaj światła. Latem światło jest za oknem, w ogrodzie, na kwiatach, liściach i futrach kotów wygrzewających się w słońcu. Jesienią przenosi się do środka. Na biurko. Na ekran. Na kartkę.

I chyba właśnie dlatego dziś, zamiast narzekać, że dzień się kończy, mam ochotę powiedzieć coś zupełnie odwrotnego.
Wieczorze, trwaj. Nie uciekaj jeszcze.Mam tyle do napisania.
Monika Koc

26/09/2026

Dzień dobry ❤️
Dziś nic nowego, nic specjalnie ciekawego. Ot, zwyczajny obrazek w sobotnie popołudnie…
Kociaki dokazują, biegają, zaczepiają wszystko, co tylko da się zaczepić, a kocia mama zerka na swoje całkiem już spore dzieci z coraz większym dystansem. Czasami nawet fuknie na nie całkiem stanowczo, kiedy któreś z rozpędu na nią wskoczy albo przypomni sobie nagle, że przecież można by jeszcze spróbować wyprosić małe dokarmianie 😄
I pewnie patrząc na te maluchy bawiące się tak blisko roślin na parapecie, część z Was zastanawia się właśnie: jakim cudem te rośliny jeszcze żyją?
No cóż… jak widać mają się całkiem dobrze 😄
Sekret jest bardzo prosty. Kiedy widzę, że sytuacja zaczyna robić się niebezpieczna, że mała łapka za chwilę pójdzie o krok za daleko, po prostu odwracam uwagę. Piłeczka. Myszka. Wędka. Cokolwiek, co akurat okaże się ciekawsze niż liść, doniczka czy ziemia.
Trochę jak z małymi dziećmi.
Nie zawsze trzeba mówić „nie”. Czasem wystarczy w odpowiednim momencie pokazać coś znacznie ciekawszego ❤️

I tak sobie właśnie mija nasze sobotnie popołudnie. Bez wielkich wydarzeń. Bez sensacji.
Po prostu kociaki, kocia mama, kilka roślin walczących o godność i ja, czuwająca gdzieś obok z piłeczką w pogotowiu 😄❤️

o fotografii...Patrzę ostatnio na to, co dzieje się z fotografią, szczególnie z fotografią zwierząt, i mam coraz silniej...
25/09/2026

o fotografii...

Patrzę ostatnio na to, co dzieje się z fotografią, szczególnie z fotografią zwierząt, i mam coraz silniejsze poczucie, że stoimy dokładnie w takim momencie, w jakim ludzie stali już wiele razy wcześniej, kiedy nagle pojawiała się technologia, która robiła coś szybciej, łatwiej, taniej i często efektowniej niż człowiek. I oczywiście pierwszym odruchem części świata jest wtedy oburzenie. Że to już nie to samo. Że kiedyś trzeba było umieć. Że kiedyś człowiek się starał. Że kiedyś była jakość, warsztat, cierpliwość i prawdziwe życie. Zabawne, bo mniej więcej tak samo mówiono przy bardzo wielu wynalazkach, które potem uznaliśmy za zupełnie oczywiste. Nasze babcie miały problem z pierwszymi pralkami, później ktoś kręcił nosem na pralki automatyczne, a dziś człowiek, któremu pralka nagle odmówi współpracy, w ciągu pięciu minut przeżywa osobistą tragedię na skalę antyczną. Chciałam więc powiedzieć, że fotografia właśnie przeżywa podobną rewolucję, ale w tym miejscu sama sobie przerywam, bo jednak nie, pralka to pralka, a fotografia jest sztuką. Wycofuję więc porównanie. Chociaż, prawdę mówiąc, tylko częściowo.

Bo trudno obrażać się na rozwój świata. Jeszcze trudniej udawać, że da się go zatrzymać. Sztuczna inteligencja weszła do fotografii i raczej już z niej nie wyjdzie, a właściwie zrobiła coś jeszcze bardziej przewrotnego, bo zaczęła tworzyć obrazy, które wyglądają jak fotografie, choć żadnego realnego momentu nigdy nie było. Nie było światła wpadającego przez okno, nie było kota, który sekundę wcześniej patrzył w zupełnie inną stronę, nie było fotografa czekającego cierpliwie, aż zwierzę raczy współpracować, nie było tych stu pięćdziesięciu nieudanych ujęć, jednego idealnego i jeszcze trzech godzin przed komputerem. Było polecenie, kilka prób i po chwili pojawiał się obraz, który potrafił być piękniejszy, bardziej nastrojowy, bardziej malarski i bardziej spektakularny niż ten, nad którym człowiek pracował pół dnia. I ja naprawdę nie zamierzam się z tego powodu obrażać. Byłoby to trochę tak, jakbym miała pretensję do świata, że przestał pytać mnie o zgodę, zanim zrobił kolejny krok naprzód.

Zdjęcie, które widzicie tutaj, nie zostało wygenerowane. To klasyczna fotografia. Był prawdziwy kot, prawdziwe miejsce, prawdziwe światło i prawdziwy aparat. To miękkie, rozlane tło nie powstało dlatego, że komputerowi napisałam „jesień, ciepłe kolory, romantyczne rozmycie i trochę magii”, tylko dlatego, że użyłam konkretnego obiektywu, konkretnej przysłony i wiedziałam mniej więcej, co chcę zobaczyć w kadrze. Potem oczywiście była obróbka, długa, żmudna, momentami równie emocjonująca jak segregowanie paragonów, ale właśnie w tej obróbce zdjęcie zaczęło przypominać to, co miałam wcześniej w głowie. I tu zaczyna się paradoks, który mnie fascynuje, bo dziś podobny efekt, a może nawet bardziej spektakularny, mogę uzyskać w kilka chwil przy pomocy sztucznej inteligencji. Mogę zmienić tło, światło, porę roku, nastrój, usunąć wszystko, co mi przeszkadza, poprawić futro, dodać mgłę, jesienne liście, wschód słońca i zapewne jeszcze lekko poruszyć Wszechświat, jeśli akurat kompozycja tego wymaga. Technicznie rzecz biorąc, mam dziś w komputerze narzędzia, o których kiedyś fotograf mógłby tylko pomarzyć.

A jednak, przynajmniej na razie, zostaję przy klasycznej fotografii. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja mnie przeraża. Wręcz przeciwnie, używam jej, obserwuję, testuję i widzę, jakie daje możliwości. Zostaję dlatego, że klasyczna fotografia jest mi po prostu bliższa sercu. Jest w niej coś, czego nie da się tak łatwo opisać parametrem ani wygenerować poleceniem. Jest spotkanie. Jest moment. Jest prawda tego jednego konkretnego kota w tym jednym konkretnym świetle. Jest jego spojrzenie, którego nie wymyśliłam. Jest ustawienie łap, którego nie zaplanowałam. Jest ten ułamek sekundy, kiedy wszystko nagle zagrało, choć jeszcze chwilę wcześniej nic nie wskazywało na to, że zagra cokolwiek. I może właśnie dlatego fotografia tak mnie wciągnęła. Bo ona trochę przypomina życie. Można przygotować aparat, ustawić światło, znać zasady, wiedzieć, co się robi, ale na końcu i tak trzeba jeszcze dostać od rzeczywistości coś, czego nie da się wymusić.

Jest też drugi powód, którego wcale nie zamierzam szczególnie skromnie ukrywać. Ja po prostu lubię umieć. Lubię świadomość, że potrafię zrobić coś, czego nie potrafi każdy, i nie widzę w tym nic niestosownego. Dziś coraz więcej rzeczy można dostać natychmiast, bez lat nauki, bez setek prób, bez spektakularnych porażek, po których człowiek odkrywa, że jednak źle dobrał światło, czas, kąt, obiektyw albo, co w fotografii kotów zdarza się najczęściej, model miał kompletnie inne plany. Sztuczna inteligencja demokratyzuje obraz i to jest wspaniałe, ale właśnie dlatego warsztat staje się dla mnie jeszcze ciekawszy. Bo jeśli każdy może stworzyć piękny obraz, to coraz większe znaczenie ma odpowiedź na pytanie, czy ten obraz powstał z wyobraźni, czy z rzeczywistego spotkania. Jedno nie jest automatycznie lepsze od drugiego. Są po prostu czymś innym.

I chyba właśnie słowo „wiarygodność” jest tutaj dla mnie najważniejsze. Fotografia klasyczna ma w sobie pewien rodzaj świadectwa. Mówi: „to się wydarzyło”. Ten kot naprawdę tak wyglądał. Naprawdę stał w tym miejscu. Naprawdę spojrzał właśnie w tę stronę. Oczywiście fotografia nigdy nie była całkowicie obiektywna, bo fotograf wybiera kadr, światło, moment, później obrabia zdjęcie, wzmacnia nastrój, czasem coś usuwa albo łagodzi. Ale mimo całej tej interpretacji na początku istnieje realność. Istnieje punkt wyjścia, który naprawdę miał miejsce. W obrazie generowanym przez sztuczną inteligencję może nie być go wcale. I to nie czyni takiego obrazu bezwartościowym. Czyni go po prostu innym rodzajem twórczości.

Może więc za kilka lat przestaniemy nawet zastanawiać się nad tym, które zdjęcie zostało zrobione aparatem, a które powstało na ekranie. Może powstaną zupełnie nowe definicje, nowe zawody, nowe sposoby opowiadania obrazem. Bardzo możliwe, że będziemy patrzeć na dzisiejsze dyskusje tak, jak dziś patrzymy na dawne spory o fotografię cyfrową, która przecież także miała zabić prawdziwą fotografię, a jakoś jej nie zabiła. Świat pójdzie dalej, jak zwykle bez pytania nas o pozwolenie. Ja też pójdę z nim, bo nigdy nie miałam szczególnego talentu do obrażania się na przyszłość.

Ale dopóki widok kota stojącego przede mną z tym jednym, jedynym spojrzeniem wywołuje we mnie potrzebę sięgnięcia po aparat, dopóty będę fotografować naprawdę. Będę czekać na światło, wybierać obiektyw, kucać w niewygodnych pozycjach, robić sto zdjęć po to, żeby zachować jedno, a później siedzieć nad nim stanowczo zbyt długo. Trochę z sentymentu, trochę z uporu, trochę dlatego, że potrafię. A przede wszystkim dlatego, że wciąż wzrusza mnie myśl, iż kiedy patrzę później na takie zdjęcie, nie oglądam czegoś, co mogłoby się wydarzyć. Oglądam coś, co wydarzyło się naprawdę. I chyba właśnie za to kocham fotografię najbardziej.
Monika Koc

Adres

Równikowa 16
Łódź
93-464

Godziny otwarcia

Środa 11:00 - 19:00
Piątek 11:00 - 19:00
Sobota 11:00 - 19:00

Telefon

+48791155791

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Koc-Pol Cat - Ragdoll cattery opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Firmę

Wyślij wiadomość do Koc-Pol Cat - Ragdoll cattery:

Skróty

Udostępnij