25/09/2026
o fotografii...
Patrzę ostatnio na to, co dzieje się z fotografią, szczególnie z fotografią zwierząt, i mam coraz silniejsze poczucie, że stoimy dokładnie w takim momencie, w jakim ludzie stali już wiele razy wcześniej, kiedy nagle pojawiała się technologia, która robiła coś szybciej, łatwiej, taniej i często efektowniej niż człowiek. I oczywiście pierwszym odruchem części świata jest wtedy oburzenie. Że to już nie to samo. Że kiedyś trzeba było umieć. Że kiedyś człowiek się starał. Że kiedyś była jakość, warsztat, cierpliwość i prawdziwe życie. Zabawne, bo mniej więcej tak samo mówiono przy bardzo wielu wynalazkach, które potem uznaliśmy za zupełnie oczywiste. Nasze babcie miały problem z pierwszymi pralkami, później ktoś kręcił nosem na pralki automatyczne, a dziś człowiek, któremu pralka nagle odmówi współpracy, w ciągu pięciu minut przeżywa osobistą tragedię na skalę antyczną. Chciałam więc powiedzieć, że fotografia właśnie przeżywa podobną rewolucję, ale w tym miejscu sama sobie przerywam, bo jednak nie, pralka to pralka, a fotografia jest sztuką. Wycofuję więc porównanie. Chociaż, prawdę mówiąc, tylko częściowo.
Bo trudno obrażać się na rozwój świata. Jeszcze trudniej udawać, że da się go zatrzymać. Sztuczna inteligencja weszła do fotografii i raczej już z niej nie wyjdzie, a właściwie zrobiła coś jeszcze bardziej przewrotnego, bo zaczęła tworzyć obrazy, które wyglądają jak fotografie, choć żadnego realnego momentu nigdy nie było. Nie było światła wpadającego przez okno, nie było kota, który sekundę wcześniej patrzył w zupełnie inną stronę, nie było fotografa czekającego cierpliwie, aż zwierzę raczy współpracować, nie było tych stu pięćdziesięciu nieudanych ujęć, jednego idealnego i jeszcze trzech godzin przed komputerem. Było polecenie, kilka prób i po chwili pojawiał się obraz, który potrafił być piękniejszy, bardziej nastrojowy, bardziej malarski i bardziej spektakularny niż ten, nad którym człowiek pracował pół dnia. I ja naprawdę nie zamierzam się z tego powodu obrażać. Byłoby to trochę tak, jakbym miała pretensję do świata, że przestał pytać mnie o zgodę, zanim zrobił kolejny krok naprzód.
Zdjęcie, które widzicie tutaj, nie zostało wygenerowane. To klasyczna fotografia. Był prawdziwy kot, prawdziwe miejsce, prawdziwe światło i prawdziwy aparat. To miękkie, rozlane tło nie powstało dlatego, że komputerowi napisałam „jesień, ciepłe kolory, romantyczne rozmycie i trochę magii”, tylko dlatego, że użyłam konkretnego obiektywu, konkretnej przysłony i wiedziałam mniej więcej, co chcę zobaczyć w kadrze. Potem oczywiście była obróbka, długa, żmudna, momentami równie emocjonująca jak segregowanie paragonów, ale właśnie w tej obróbce zdjęcie zaczęło przypominać to, co miałam wcześniej w głowie. I tu zaczyna się paradoks, który mnie fascynuje, bo dziś podobny efekt, a może nawet bardziej spektakularny, mogę uzyskać w kilka chwil przy pomocy sztucznej inteligencji. Mogę zmienić tło, światło, porę roku, nastrój, usunąć wszystko, co mi przeszkadza, poprawić futro, dodać mgłę, jesienne liście, wschód słońca i zapewne jeszcze lekko poruszyć Wszechświat, jeśli akurat kompozycja tego wymaga. Technicznie rzecz biorąc, mam dziś w komputerze narzędzia, o których kiedyś fotograf mógłby tylko pomarzyć.
A jednak, przynajmniej na razie, zostaję przy klasycznej fotografii. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja mnie przeraża. Wręcz przeciwnie, używam jej, obserwuję, testuję i widzę, jakie daje możliwości. Zostaję dlatego, że klasyczna fotografia jest mi po prostu bliższa sercu. Jest w niej coś, czego nie da się tak łatwo opisać parametrem ani wygenerować poleceniem. Jest spotkanie. Jest moment. Jest prawda tego jednego konkretnego kota w tym jednym konkretnym świetle. Jest jego spojrzenie, którego nie wymyśliłam. Jest ustawienie łap, którego nie zaplanowałam. Jest ten ułamek sekundy, kiedy wszystko nagle zagrało, choć jeszcze chwilę wcześniej nic nie wskazywało na to, że zagra cokolwiek. I może właśnie dlatego fotografia tak mnie wciągnęła. Bo ona trochę przypomina życie. Można przygotować aparat, ustawić światło, znać zasady, wiedzieć, co się robi, ale na końcu i tak trzeba jeszcze dostać od rzeczywistości coś, czego nie da się wymusić.
Jest też drugi powód, którego wcale nie zamierzam szczególnie skromnie ukrywać. Ja po prostu lubię umieć. Lubię świadomość, że potrafię zrobić coś, czego nie potrafi każdy, i nie widzę w tym nic niestosownego. Dziś coraz więcej rzeczy można dostać natychmiast, bez lat nauki, bez setek prób, bez spektakularnych porażek, po których człowiek odkrywa, że jednak źle dobrał światło, czas, kąt, obiektyw albo, co w fotografii kotów zdarza się najczęściej, model miał kompletnie inne plany. Sztuczna inteligencja demokratyzuje obraz i to jest wspaniałe, ale właśnie dlatego warsztat staje się dla mnie jeszcze ciekawszy. Bo jeśli każdy może stworzyć piękny obraz, to coraz większe znaczenie ma odpowiedź na pytanie, czy ten obraz powstał z wyobraźni, czy z rzeczywistego spotkania. Jedno nie jest automatycznie lepsze od drugiego. Są po prostu czymś innym.
I chyba właśnie słowo „wiarygodność” jest tutaj dla mnie najważniejsze. Fotografia klasyczna ma w sobie pewien rodzaj świadectwa. Mówi: „to się wydarzyło”. Ten kot naprawdę tak wyglądał. Naprawdę stał w tym miejscu. Naprawdę spojrzał właśnie w tę stronę. Oczywiście fotografia nigdy nie była całkowicie obiektywna, bo fotograf wybiera kadr, światło, moment, później obrabia zdjęcie, wzmacnia nastrój, czasem coś usuwa albo łagodzi. Ale mimo całej tej interpretacji na początku istnieje realność. Istnieje punkt wyjścia, który naprawdę miał miejsce. W obrazie generowanym przez sztuczną inteligencję może nie być go wcale. I to nie czyni takiego obrazu bezwartościowym. Czyni go po prostu innym rodzajem twórczości.
Może więc za kilka lat przestaniemy nawet zastanawiać się nad tym, które zdjęcie zostało zrobione aparatem, a które powstało na ekranie. Może powstaną zupełnie nowe definicje, nowe zawody, nowe sposoby opowiadania obrazem. Bardzo możliwe, że będziemy patrzeć na dzisiejsze dyskusje tak, jak dziś patrzymy na dawne spory o fotografię cyfrową, która przecież także miała zabić prawdziwą fotografię, a jakoś jej nie zabiła. Świat pójdzie dalej, jak zwykle bez pytania nas o pozwolenie. Ja też pójdę z nim, bo nigdy nie miałam szczególnego talentu do obrażania się na przyszłość.
Ale dopóki widok kota stojącego przede mną z tym jednym, jedynym spojrzeniem wywołuje we mnie potrzebę sięgnięcia po aparat, dopóty będę fotografować naprawdę. Będę czekać na światło, wybierać obiektyw, kucać w niewygodnych pozycjach, robić sto zdjęć po to, żeby zachować jedno, a później siedzieć nad nim stanowczo zbyt długo. Trochę z sentymentu, trochę z uporu, trochę dlatego, że potrafię. A przede wszystkim dlatego, że wciąż wzrusza mnie myśl, iż kiedy patrzę później na takie zdjęcie, nie oglądam czegoś, co mogłoby się wydarzyć. Oglądam coś, co wydarzyło się naprawdę. I chyba właśnie za to kocham fotografię najbardziej.
Monika Koc