Kotnamysli

Strona internetowa Kontakt: firmę

Kotnamysli Aleksandra Zembroń

Catsitterka
Ukończyłam kształcenie z zakresu behawiorystyki kociej COAPE.

Obecnie przygotowuję się do obrony pracy dyplomowej
•Szczęśliwszy kot•Spokojniejszy opiekun

O wiele łatwiej zauważyć, jakie modyfikacje środowiska bywają konieczne, aby lepiej odpowiadało ono na potrzeby gatunkow...
26/09/2026

O wiele łatwiej zauważyć, jakie modyfikacje środowiska bywają konieczne, aby lepiej odpowiadało ono na potrzeby gatunkowe kota, kiedy patrzymy na niewielkie mieszkanie. Znacznie łatwiej stracić tę czujność, kiedy wchodzimy do dużego, przestronnego, piętrowego domu.

Jednak sam metraż nie tworzy jeszcze środowiska przyjaznego kotu.

Kot nie przestanie być kotem, tylko dlatego, że zamieszkamy w większym domu. Dla niego nadal znaczenie ma przestrzeń w 3D. Czy może korzystać również z przestrzeni nad podłogą? Czy ma wysoko położone miejsca odpoczynku i punkty obserwacyjne? Czy może swobodnie przemieszczać się pomiędzy nimi?

I nie chodzi tu tylko o jeden drapak, na który można wejść i z którego można zejść. Ważne są połączenia: półki, ciągi komunikacyjne i alternatywne drogi pozwalające kotu rzeczywiście poruszać się po swoim terytorium na różnych wysokościach.

Szczególnego znaczenia nabiera to w domu wielokocim. Dobrze zaplanowana przestrzeń daje możliwość minięcia drugiego kota, zwiększenia dystansu, wycofania się czy wyboru alternatywnej drogi. Jeśli podczas pogoni jedyną możliwością ucieczki jest wbiegnięcie na górę drapaka, kot może znaleźć się tam po prostu w pułapce.

Podobnie patrzę na rozmieszczenie pozostałych zasobów. Miski, woda, miejsca odpoczynku, drapania, kryjówki i kuwety. Także znana zasada „liczba kotów + 1” dotycząca kuwet nie zawsze wyczerpuje temat; w dużym, wielopoziomowym domu znaczenie ma również jego układ, metraż i to, gdzie znajdują się poszczególne strefy kociego terytorium.

Do tego dochodzi możliwość realizowania zachowań gatunkowych: eksploracji, drapania, polowania, zdobywania pokarmu, zabawy oraz spokojnego, niezakłóconego odpoczynku.

23/09/2026
Mam problem ze słowem „agresor”.Często używamy go trochę umownie, niby niedosłownie, wobec kota, który „sprawia najwięks...
09/09/2026

Mam problem ze słowem „agresor”.

Często używamy go trochę umownie, niby niedosłownie, wobec kota, który „sprawia największy problem” w domu wielokocim. Czasem dodajemy, że „wszystkich ustawia”, „dominuje”, „jest zazdrosny”.

A mnie takie określenia coraz bardziej uwierają. Bo są niesprawiedliwe wobec zwierzęcia, które swoim zachowaniem może pokazywać, że z czymś sobie nie radzi.

Zachowanie nie odbywa się w próżni. Ono jest po coś. Czemuś służy.

Co temu kotu daje?
Pomaga rozładować frustrację albo napięcie?
Pozwala poradzić sobie z czymś, co go przerasta?
Jest próbą odzyskania poczucia, kontroli , bezpieczeństwa i równowagi?

Jak wiemy, słowa tworzą rzeczywistość. Wpływają na to, jak zaczynamy patrzeć na zwierzę. A „agresor” bardzo łatwo staje się tym złym. Utrapieniem. Problemem.

A może zamiast tego warto zobaczyć istotę, która sama ma problem i potrzebuje naszej pomocy.

kociemocje dobrostankota kocikomunikacja domwielokoci kociaedukacja czytamykota kotnamysli

Temat ostatniego postu Uszy do góry - pozytywny behawiorysta zwierzęcy szczególnie dziś we mnie rezonuje i skłonił mnie ...
02/09/2026

Temat ostatniego postu Uszy do góry - pozytywny behawiorysta zwierzęcy szczególnie dziś we mnie rezonuje i skłonił mnie do własnej refleksji.

Coraz mocniej utwierdzam się w tym, że jeżeli pod jednym dachem mieszka kilka kotów, każdy z nich jest częścią historii, z którą przychodzi opiekun. Nawet jeśli to zachowanie tylko jednego stało się powodem szukania pomocy.

Dla mnie oznacza to, że każdy kot wymaga takiej samej uważności. Każdego trzeba zobaczyć indywidualnie, ale również w relacji z pozostałymi.

Koty żyjące w jednym domu nie funkcjonują jak niezależne wyspy. Każdy wpływa na pozostałe i z każdym może tworzyć zupełnie inną relację.
Kot, którego zachowanie jest najbardziej widoczne, wcale nie musi być jedynym, który sobie nie radzi. Może być po prostu tym, którego sposób radzenia sobie z napięciem najłatwiej zauważyć.

W grupie A, B, C i D kot A może doświadczać napięcia w kontakcie z D, a frustrację rozładowywać na B. Konflikt między B i C może z kolei podnosić pobudzenie obserwujących A i D. Relacje w grupie tworzą system naczyń połączonych.

A przecież nie każdy kot pokazuje stres w ten sam sposób.

Jeden będzie reagował pogonią, zachowaniami agresywnymi czy kontrolowaniem przestrzeni. U innego trudność może objawiać się załatwianiem poza kuwetą, nadmiernym wylizywaniem czy zmianą zachowania.
A jeszcze inny wybierze unikanie.

Właśnie ten kot może sprawiać wrażenie… bezproblemowego. Nie wdaje się w konflikty. Nie goni. Nie sika poza kuwetą. Po prostu coraz mniej się bawi, rzadziej eksploruje, więcej śpi i coraz częściej pozostaje w jednym bezpiecznym miejscu. Być może nauczył się, że najbezpieczniejszą strategią jest nie robić nic.

Problemy relacyjne trwające miesiącami czy latami potrafią stawać się coraz bardziej złożone. Czasem spotykamy koty i ich opiekuna dopiero wtedy, kiedy wszyscy są już zwyczajnie wyczerpani.

Ostatnio, pracując nad bardzo złożonym przypadkiem i jednocześnie zagłębiając się w literaturę, coraz więcej myślę o zas...
30/08/2026

Ostatnio, pracując nad bardzo złożonym przypadkiem i jednocześnie zagłębiając się w literaturę, coraz więcej myślę o zasadzie, którą często słyszymy : najpierw wykluczamy przyczyny medyczne, a dopiero później zajmujemy się zachowaniem.

I coraz mniej jestem przekonana, że w każdym przypadku te dwa procesy powinny następować jeden po drugim. Bardzo zatrzymał mnie tutaj artykuł Martyny Woszczyło „Gdy zachowanie jest objawem” i przedstawione w nim odejście od myślenia: albo choroba somatyczna, albo problem behawioralny.
Bo przecież te dwa obszary nie istnieją niezależnie.

Ból może zmieniać zachowanie. Przewlekły stres może wpływać na zdrowie. Choroba może zmniejszać zdolność kota do radzenia sobie ze stresorami. Emocje, środowisko, wcześniejsze doświadczenia i stan fizyczny mogą wzajemnie się modulować. A czasami właśnie zmiana zachowania jest pierwszym lub jednym z niewielu sygnałów, że w organizmie dzieje się coś niepokojącego.

Jeżeli diagnostyka skomplikowanego przypadku może trwać tygodniami czy miesiącami, czy rzeczywiście powinniśmy przez cały ten czas czekać z pomocą behawioralną? Nie chodzi oczywiście o zastępowanie diagnostyki weterynaryjnej behawiorem. Wręcz przeciwnie. Coraz bardziej przekonuje mnie model, w którym diagnostyka weterynaryjna i praca behawioralna przebiegają równolegle i wzajemnie się uzupełniają.

Nie muszę przecież znać jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania, żeby ograniczyć rozpoznane stresory, zwiększyć przewidywalność i poczucie bezpieczeństwa, poprawić dostęp do zasobów czy stworzyć kotu lepsze możliwości realizowania jego naturalnych potrzeb.

To nie zastępuje diagnostyki. To może pomóc kotu przejść przez jej proces. I chyba właśnie coraz mniej widzę to jako:

weterynarz → wykluczamy chorobę → behawiorysta

A coraz bardziej jako:

weterynarz ↔ behawiorysta

Dwie równoległe ścieżki jednego procesu. Bo czasem próba zdecydowania, czy przed sobą „problem medyczny”, czy „problem behawioralny”, może być już na początku niewłaściwie postawionym pytaniem.

EDIT: Precyzja ma dla mnie duże znaczenie. Ta grafika ma przede wszystkim wspierać opiekunów, dlatego doprecyzowałam ją,...
25/08/2026

EDIT:
Precyzja ma dla mnie duże znaczenie. Ta grafika ma przede wszystkim wspierać opiekunów, dlatego doprecyzowałam ją, aby przekaz był bardziej jednoznaczny. Mam nadzieję, że teraz będzie jeszcze pomocniejsza ☺️

W temacie relacji i interakcji między kotami bardzo często spotykam się z przekonaniem, że dopiero latająca sierść, krew, warczenie czy pokazane zęby świadczą o tym, że między kotami dzieje się coś niepokojącego.

A przecież kocia komunikacja jest znacznie bardziej subtelna. Koty mają cały wachlarz zachowań, które możemy określić jako agresję bierną. To właśnie na tym etapie często pojawiają się pierwsze sygnały napięcia w relacji.

Problem w tym, że łatwo je przeoczyć. A niewielkie, powtarzające się napięcia mogą z czasem narastać, przechodzić w coraz bardziej bezpośrednie zachowania agresywne i ulegać stopniowej eskalacji. To, co opiekun zauważa jako „konflikt między kotami”, bywa więc tak naprawdę już jego apogeum.

I właśnie dlatego umiejętność czytania kociej komunikacji jest tak ważna. Pozwala nam zauważyć, że w relacji między kotami zaczyna dziać się coś trudnego, zanim pojawią się krew, zęby i latająca sierść.

Im wcześniej dostrzeżemy napięcie i odpowiednio zareagujemy, tym większą mamy szansę zapobiec poważnym problemom behawioralnym.

23/08/2026

Coraz częściej w literaturze naukowej podkreśla się związek między stresem a zdrowiem fizycznym u kotów. Przykładem są m.in. niektóre choroby dolnych dróg moczowych, gdzie modyfikacja środowiska (Multimodal Environmental Modification) jest jednym z kluczowych elementów postępowania. Odpowiednio zaprojektowane środowisko może wspierać zarówno behawior kota, jak i jego zdrowie.

Inspiracją do tej rolki były artykuły ‘Brain Before Bladder: management of feline idiopathic cystitis’ w The Veterinary Nurse i artykuł Vicky Halls ‘Tools for managing feline problem behaviours. Environmental and behavioural modification’, pokazujące jak ważną rolę odgrywa środowisko w życiu kota.

12/08/2026

11/08/2026

KOTY: ZWIERZĘTA DRUGIEJ KATEGORII?

W zeszly piątek po południu odwiedził mnie Norbert ze swoim kotem Bonifacym. Jak zapewne domyślacie się po imieniu, Bonifacy jest czarnym kotem z pięknym białym pyszczkiem. Nie znosi samochodu, transportera ani mojego gabinetu. Nie wiem, której z tych rzeczy najbardziej.

Norbert postawił transporter na stole. Poprosiłem, żeby otworzył drzwiczki, ale nie wyciągał kota. Chciałem dać Bonifacemu chwilę. Pozwolić mu rozejrzeć się z miejsca, które w tej sytuacji mogło wydawać mu się jeszcze względnie bezpieczne. Pierwsze zdanie Norberta brzmiało: „Od wczoraj prawie nic nie je”.

Kot siedział na dnie transportera, wciśnięty w jego najdalszy róg. Nie syczał. Nie próbował uciekać. Kiedy po kilku minutach wyjąłem go i położyłem na stole, również nie protestował. Był tak spokojny, że przez chwilę można było uznać to za zaletę.

Według dokumentacji sprzed dwóch lat Bonifacy ważył pięć i pół kilograma. Teraz niewiele ponad cztery. Sierść na grzbiecie była matowa i posklejana. Mięśnie tylnych łap wyraźnie się zmniejszyły. Norbert opowiadał, że Bonifacy ostatnio więcej spał, rzadziej wskakiwał na parapet i czasami nie trafiał do kuwety. Miał jednak czternaście lat. Norbert zakończył tę listę zdaniem, które słyszę w gabinecie bardzo często: „Starość. W końcu wszystkich nas to czeka”.

Tyle że starość opisuje wiek. Nie wyjaśnia utraty półtora kilograma, zaniku mięśni ani coraz mniejszej sprawności. To, co działo się z Bonifacym, nie zaczęło się poprzedniego dnia. Poprzedniego dnia jego organizm przestał sobie z tym radzić.

Takich kotów widziałem setki. Trafiają do gabinetu, gdy przestają jeść, zaczynają wymiotować, nie mogą oddać moczu albo nie mają już siły wejść na kanapę. Oczywiście psy również czasem przyjeżdżają za późno. One także potrafią ukrywać ból. Częściej jednak pokazują zmianę w sposób, który łatwiej nam zauważyć. Zaczynają kuleć. Odmawiają spaceru. Zostają na nim troche z tyłu. Piszczą przy wstawaniu albo stają się drażliwe. Patrzą na człowieka w sposób, który trudno nam zignorować.

Kot najpierw zaczyna nas okłamywac. Zmienia swoje życie, pozwalając nam wierzyć, że wszystko nadal jest w porządku. Przestaje wskakiwać na najwyższą półkę, więc wybiera niższą. Na parapet nie wchodzi już jednym skokiem, tylko korzysta z krzesła. Mniej dokładnie myje grzbiet. Dłużej zastanawia się przed wejściem do kuwety. Zaczyna spać w innym miejscu, bo dotychczasowe wymagało pokonania schodów. Rezygnuje z zabawy, ale nadal przychodzi do miski. Nadal mruczy. Nadal wygląda jak kot, który po prostu stał się spokojniejszy.

I właśnie dlatego tak łatwo go przeoczyć.

Badania od lat pokazują tę samą dysproporcję. Koty trafiają do lekarza znacznie rzadziej niż psy. W części analiz różnica była niemal dwukrotna. Duża część kotów przez cały rok nie ma żadnego kontaktu z lecznicą, nawet profilaktycznego. Rzadziej są ubezpieczane. Ich opiekunowie statystycznie rzadziej decydują się na rozbudowaną diagnostykę i kosztowne leczenie.

Najprościej byłoby uznać, że wniosek jest oczywisty. Ludzie po prostu mniej kochają koty. Tyle że byłoby to krzywdzące i zbyt łatwe.

Widziałem setki opiekunów kotów, którzy przez wiele miesięcy podawali leki dwa, trzy czasem cztwery razy dziennie. Uczyli się wykonywać płynoterapię podskórną, mierzyli ilość wypitej wody, sprawdzali masę ciała i potrafili dostrzec różnicę między zwykłym snem a wycofaniem. Widziałem też ludzi, którzy przyjeżdżali w środku nocy, ponieważ ich kot zachowywał się troche inaczej, chociaż nie umieli jeszcze powiedzieć, na czym ta zmiana polega.

Problem nie zawsze leży w braku miłości. Częściej w tym, że przez lata nauczyliśmy się źle tę miłość tłumaczyć.

Pies potrzebuje spacerów i organizowania dnia. Regularnie pokazuje nam swoje ciało w ruchu. Widzimy, jak wstaje, idzie, biegnie, oddaje mocz i reaguje na otoczenie. Każdy spacer staje się małym, nieświadomym badaniem kontrolnym. Kot może chorować kilka metrów od nas. Może leżeć obok nas na kanapie i przez długi czas nie zakłócić domowego rytmu.

Do tego dochodzi opowieść, którą sami stworzyliśmy i powtarzamy od dzieciństwa. Kot jest przecież niezależny. Chodzi własnymi drogami. Nie potrzebuje człowieka tak bardzo jak pies. Poradzi sobie. A jeśli śpi przez większość dnia, to przecież koty tak mają.

Zdanie „koty tak mają” przykryło prawdopodobnie więcej ich chorób niż niejeden brak dostępu do diagnostyki.

Oddawanie moczu poza kuwetą uznajemy za złośliwość. Niechęć do dotyku za pogorszenie charakteru albo chwilowy kaprys. Ograniczenie skakania za naturalną konsekwencję wieku. Zaniedbaną sierść za lenistwo. Chowanie się za kocią potrzebę samotności. Każde z tych zachowań może mieć przyczynę związaną ze stresem albo z otoczeniem. Każde może też oznaczać ból, chorobę stawów, problem z drogami moczowymi, chorobę nerek, nadczynność tarczycy, nadciśnienie lub bolesne zmiany w jamie ustnej.

Starość również nie jest rozpoznaniem. Jeżeli starszy kot przestaje wskakiwać na kanapę, nie oznacza to, że nic nie można zrobić, ponieważ ma swoje lata. Coś ograniczyło jego sprawność. Dopiero później możemy ustalić, czy przyczyną jest ból, osłabienie mięśni, zaburzenie neurologiczne, pogorszenie wzroku czy kilka problemów występujących jednocześnie.

My, lekarze weterynarii, także lubimy czasami opowiadać tę historię tak, jakby cała odpowiedzialność spoczywała na opiekunach. Gdyby przyjechali wcześniej. Gdyby lepiej obserwowali. Gdyby wykonywali regularne badania.

Wiedza o kotach rozwija się dziś bardzo szybko. Wielu lekarzy za tymi zmianami podąża, szkoli się i specjalizuje w medycynie kotów. Ale część winy za to, że wciąż bywają pacjentami drugiej kategorii, leży tez po naszej stronie. Koty są trudniejsze w badaniu, a my czasami , choc trudno sie nam do tego przyznac, zwyczajnie się ich boimy. Wtedy zamiast spokojnie ocenić chód, stawy, jamę ustną i miejsca bolesne, robimy tylko to, co uda się zrobić szybko. Osłuchać, dotknąć brzucha i z powrotem do transportera, zanim ugryzie albo podrapie.

W ten sposób łatwo przeoczyć artrozę, choroby przyzębia czy bolesne zmiany resorpcyjne zębów. Kot wraca do domu jako „zdrowy jak na swój wiek”, choć każdy skok albo każdy kęs może sprawiać mu ból.

Kot potrafi stać się pacjentem drugiej kategorii jeszcze przed wejściem do gabinetu. Najpierw zostaje złapany i wepchnięty do transportera, który przez większość roku stoi w piwnicy. Potem jedzie samochodem. W poczekalni otaczają go obce zapachy i szczekające psy. Następnie trafia na stół, gdzie obca osoba próbuje wyciągnąć go z jedynego miejsca, w którym może się ukryć.

Jeśli walczy, nazywamy go agresywnym. Jeśli zastyga, uznajemy, że dobrze znosi badanie. A bezruch przerażonego kota nie jest spokojem.

Stres zmienia oddech, tętno, temperaturę, ciśnienie i poziom glukozy. Utrudnia osłuchiwanie, ocenę bólu, pobranie krwi i wykonanie badań obrazowych. Mocniejsze przytrzymywanie nie sprawia, że kot zaczyna współpracować. Odbiera mu jedynie możliwość ucieczki. Ten sam mechanizm, który zwodzi opiekuna w domu, potrafi zmylić lekarza w gabinecie.

A czasem wystarczy cisza i kilka minut. Jeden kot pozwoli zbadać się w ramionach opiekuna, inny na dnie transportera. Kolejny będzie potrzebował leku zmniejszającego lęk jeszcze przed podróżą. Bywa też, że najbezpieczniejszym rozwiązaniem jest sedacja. Nie jest porażką lekarza ani opiekuna. Pozwala dokładnie zbadać zwierzę bez walki i niepotrzebnego strachu.

Medycyna przyjazna kotom nie zaczyna się od "znanego" dyfuzora z feromonami ani od kociej sylwetki przyklejonej na drzwiach. Zaczyna się od uznania, że kota nie można badać jak małego psa o trudniejszym charakterze.

Również w naszym zawodzie pies przez długi czas pozostawał gatunkiem domyślnym. Wielu lekarzy czuje się przy nim pewniej. Psie sygnały są dla nas bardziej czytelne, a samo badanie zazwyczaj łatwiejsze. Kot szybciej pokazuje swoje granice. Źle przeprowadzona wizyta może zamknąć możliwość dalszej diagnostyki tego dnia, a czasem również podczas kolejnych wizyt.

W wielu obszarach koty są także słabiej reprezentowane w badaniach klinicznych. Trudniej zakwalifikować je do badań i regularnie przywozić na kontrole. Tam, gdzie danych jest mniej, decyzje stają się trudniejsze, a lekarz ma mniej pewności, którą może przekazać opiekunowi. Powstaje błędne koło. Rzadziej badamy koty, więc wolniej zdobywamy wiedzę na ich temat. Mniejsza wiedza utrudnia tworzenie lepszych metod diagnostyki i leczenia. A potem kolejny opiekun słyszy, że u kota niewiele da się zrobić. Bywa, że wychodzi z gabinetu bez pełnego obrazu dostępnych możliwości. Później jego decyzję przedstawia się jako dowód, że ludzie nie chcą leczyć kotów.

Dzisiaj coraz częściej nazywamy zwierzęta naszymi futrzanymi dziećmi. Nie widzę w tym niczego złego, jeśli za tym określeniem idzie odpowiedzialność oraz szacunek dla potrzeb konkretnego gatunku. Można kochać kota jak członka rodziny i nadal nie zauważać jego bólu. Miłość nie daje automatycznie wiedzy. Czasami nawet utrudnia dostrzeżenie zmiany, ponieważ obserwujemy zwierzę codziennie, a choroba odbiera mu sprawność po kawałku.

Sto gramów mniej. Jeden skok mniej. Jedna pominięta sesja mycia futra. Jedna noc spędzona pod łóżkiem. Nic spektakularnego.

Aż pewnego dnia kot przestaje jeść.

W pewnym momencie Norbert zaczął przeglądać filmy w telefonie. Na jednym z nich, nagranym kilka miesięcy wcześniej, Bonifacy próbował dostać się na parapet. Najpierw wskoczył na krzesło. Z krzesła na stół. Dopiero ze stołu na okno. Norbert zatrzymał nagranie. „Kiedyś wskakiwał tam prosto z podłogi”.

Nie usłyszałem w jego głosie obojętności. Było w nim zaskoczenie, poczucie winy i nagłe zrozumienie czegoś, co od miesięcy działo się na jego oczach. Obejrzeliśmy ten fragment jeszcze raz.

Podłoga. Krzesło. Stół. Parapet.

Norbert przez wiele miesięcy widział w tym zaradność starego kota. Siedząc obok niego w gabinecie, obaj zobaczyliśmy pacjenta, który od dawna omijał własne ograniczenia.

I może właśnie tak kot staje się pacjentem drugiej kategorii. Pomoc przychodzi dopiero wtedy, kiedy skończą mu się wszystkie sposoby, by radzić sobie bez niej.

K.

--------------
Czy Waszym zdaniem koty nadal są traktowane jak pacjenci drugiej kategorii? A może odrobine przesadzam?

Adres

Wroclaw

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Kotnamysli opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Firmę

Wyślij wiadomość do Kotnamysli:

Skróty

Udostępnij